Atelier trzech pokoleń
Na rozmowę z właścicielką studia fotograficznego przy Warszawskiej, Teresą Łasicą, umawiam się kilka miesięcy i kiedy wreszcie udaje nam się spotkać w pochmurne popołudnie, klienci zakładu naocznie udowodniają mi, że na zrobienie zdjęć studyjnych nie ma złej pogody. W atelier trwa ruch jak w ulu.
Mała dziewczynka z tatą, której trzeba zrobić zdjęcie do dowodu, troje uczniów podstawówki po fotki do legitymacji szkolnych, żołnierz, który przyjechał aż z Kutna, bo tylko tu, w Sochaczewie, wykonuje się wymaganą w jednostce fotografię w mundurze galowym, którego jeszcze nie dostał. I młoda kobieta zainteresowana reprodukcjami ze starych rodzinnych zdjęć. Jedynie ona musi przyjść za kilka dni, bo zadanie wymaga dłuższej pracy przy komputerze. Pozostali zostają obsłużeni od ręki. Naszą rozmowę prowadzimy więc urywkami, między kolejnymi klientami. Ale ma to także swoje dobre strony, bo pokazuje, jak wszechstronne umiejętności musi mieć dzisiaj dobry fotograf.
Wojenne czasy
Pani Teresa smykałkę do zawodu przejęła po tacie, Borysie Bakurewiczu, który urodził się w mieszanej rodzinie. Jego ojciec, a dziadek naszej rozmówczyni, Michaił Bakurewicz, wywodził się z bojarów kijowskich, był starszym kapitanem, którego 12 połtawski pułk stacjonował w Warszawie. Tam poznał swoją polską żonę. Młodzi zakochali się w sobie bez pamięci i wkrótce wzięli ślub, po czym wyjechali na Białoruś, gdzie zastał ich wybuch I wojny światowej.
- Dziadek wyruszył na front i słuch po nim zaginął. Rodzina nigdy się nie dowiedziała, gdzie poległ, gdzie został pochowany. Po jakimś czasie babci udało się przedostać do Polski i wrócić z trójką dzieci do jej rodziców. W tej trójce był mój tata, urodzony w 1907 r. – opowiada Teresa Łasica.
Borys Bakurewicz od zawsze interesował się fotografią, terminował u dobrych fachowców, m.in. u mistrza Lemańskiego w Przasnyszu, w latach 30. XX w. otworzył nawet swój zakład w Warszawie przy ul. Kruczej, założył rodzinę i wydawało się, że tak już zostanie. Niestety, wszystkie dobra materialne zniszczyła II wojna. Z warszawskiego studia fotograficznego ocalał aparat fotograficzny, który pani Teresa przechowuje do dziś.
- Rodzicom udało się przedostać do rodziny w okolice Mławy, skąd pochodziła moja mama, Janina Bakurewicz, i tam przetrwali wojnę. Tata próbował rozwinąć interes, ale w tamtych czasach ludzie mieli co innego na głowie. Po wojnie zrobiło się głośno o Ziemiach Odzyskanych, gdzie pozostały domy, sklepy po przesiedlonych Niemcach. Moi rodzice skorzystali z tej szansy i wraz z dwiema córkami osiedlili się w Koszalinie. Tam z kolei ja się urodziłam. Dostali duże mieszkanie na parterze i w jednym z pomieszczeń urządzili studio fotograficzne – wspomina pani Teresa. – Mama była już wtedy mocno zaangażowana w profesję taty, więc można powiedzieć, że stworzyli firmę rodzinną.
Na Ziemiach Odzyskanych
Borys Bakurewicz, korzystając z bliskości morza, rozpoczął pracę fotografa plażowego. Wyjeżdżał na kilka dni do Mielna, gdzie wynajął małe pomieszczenie na ciemnię i uwieczniał wczasowiczów w nadmorskiej scenerii. Chętnych nie brakowało, bo ludzie nie mieli aparatów, ale chcieli mieć fotki znad morza. Jednego dnia pozowali do fotografii, a następnego odbierali gotowe odbitki. Pani Janina tymczasem obsługiwała zakład w Koszalinie i interes się kręcił. Do czasu…
Były dwa powody, dla których państwo Bakurewiczowie wyjechali z Koszalina. Pierwszy miał podłoże polityczne, bowiem kilka lat po wojnie, kiedy prywatna inicjatywa stanęła solą w oku socjalistycznemu państwu, nakazano rzemieślnikom łączyć się w spółdzielnie. Wielu z nich próbowało tego uniknąć, widząc zagrożenie dla istnienia swoich zakładów. Wśród niezadowolonych był Borys Bakurewicz.
Druga przyczyna wiązała się z oszustwem i miała charakter kryminalny. Podczas któregoś wyjazdu do Mielna nasz fotograf trafił na dwóch mieszkańców Sochaczewa, którzy, po zrobieniu sobie zdjęć, zaproponowali panu Borysowi rozwinięcie działalności w naszym mieście. Interes miał polegać na tym, że oni będą szukać chętnych, którzy np. z dwóch zdjęć chcieliby zrobić wspólne ślubne, tak zwane monidło, albo wykonać odbitki z już posiadanych fotografii. Wraz z zaliczką mieli je przesyłać do Koszalina. Przedsiębiorczy sochaczewianie, żeby się uwiarygodnić, wzięli pieczątkę fotografa, która miała pomóc w pozyskiwaniu klientów.
Jak już się domyślamy, po kilku zleceniach zamówienia przestały przychodzić. Pojawiły się natomiast listy z pretensjami od mieszkańców, którzy dali mężczyznom zdjęcia i zaliczki, w zamian nic nie otrzymując. I tutaj do akcji wkracza pani Janina Bakurewicz.
- Mama była osobą praworządną i nie chciała zostawić bez echa listów z pretensjami, więc pewnego dnia zdecydowała, że wybierze się do Sochaczewa, spróbuje odnaleźć poszkodowane osoby i naprawi szkodę. Wsiadła w pociąg i wyruszyła do nieznanego sobie miasta. Poszukiwania zaczęła od zakładu pana Idziego Buczyńskiego, który na Warszawskiej miał zakład. Robił lustra, ramki do zdjęć, obrazków, więc mama pomyślała, że fotosy, które na początku przysyłali, ktoś musiał oprawiać. I to był dobry trop, dzięki któremu trafiła do wielu domów, a mając adresy zwrotne osób poszkodowanych przez nieuczciwych mężczyzn, także do tych oszukanych klientów – opowiada Teresa Łasica.
Sochaczew staje się domem
I tak się zaczęła sochaczewsko–koszalińska przygoda. Pani Janina co dwa miesiące przyjeżdżała do naszego miasta, robiła kolejne fotki, bo zamówień było coraz więcej, wracała z aparatem do Koszalina, gdzie zdjęcia były wywoływane, obrabiane i przygotowywane do oddania podczas następnej wizyty. Ta obróbka w dużej mierze polegała na retuszu niedoskonałości modela lub otoczenia, w czym Borys Bakurewicz był mistrzem. A były to przecież czasy, kiedy nikomu nie śniły się nawet komputery i programy do graficznej obróbki zdjęć. Kadrowano i retuszowano ręcznie, co wymagało ogromnej wiedzy, doświadczenia i wiele czasu. Ta mozolna praca jednak się opłaciła, dzięki niej pani Janina stała się w Sochaczewie popularnym fotografem. Klientom podobały się te dopracowane fotografie, na których często wyglądali lepiej niż w rzeczywistości. Jak wspomina jej córka, interes się rozwijał, bo ludzie chcieli mieć aktualne zdjęcia dzieci, uwieczniać ważne uroczystości, fotografować się na tle ciekawych miejsc. A pani Bakurewicz była solidną osobą, która zdobyła zaufanie mieszkańców i przyjaźń rodziny Buczyńskich. Kiedy więc zwolnił się mały drewniak tuż obok ich zakładu, skorzystała z okazji.
W ten sposób przygoda z Sochaczewem po kilku latach zamieniła się w nową rzeczywistość rodziny Bakurewiczów. Janina, Borys i najmłodsza córka Teresa osiedlili się w naszym mieście, a wkrótce potem rozpoczęli budowę domu. W 1970 r. na parterze budynku przy ul. Warszawskiej otworzyli zakład fotograficzny istniejący do dziś. Nie licząc „objazdowej” działalności pani Janiny, minęło właśnie 55 lat ich obecności w Sochaczewie.
W 1973 r. zmarł Borys Bakurewicz, ale jego dzielna żona nie poddała się i z pomocą córki jeszcze przez długie lata kontynuowała działalność. Po jej śmierci w 1998 r. zakład przejęła nasza rozmówczyni. Dzisiaj wspiera ją w tym zajęciu córka Agnieszka, czyli trzecie pokolenie fotografów w tej rodzinnej firmie.
Moglibyśmy powiedzieć – tradycja rodzinna. Ale ona nie przyszła łatwo. To lata starań, wyrzeczeń, trudnych decyzji, ale także utrzymywania wysokiego poziomu i budowania marki. Gdyby nie to, rynek już dawno zweryfikowałby istnienie atelier. Rodzina Bakurewiczów od początku przyjęła założenie, że najważniejsze jest zadowolenie klienta. Pewnie dlatego w zakładzie Teresy Łasicy panuje ciągły ruch, a z jego usług korzysta trzecie pokolenie mieszkańców. I oby tak zostało na kolejne lata.
Jolanta Śmielak-Sosnowska