Tajemnice ulicy Warszawskiej
Główna ulica Sochaczewa nadal kryje wiele sekretów, ciekawych historii, osobistych wspomnień. Już kolejny raz wracamy zatem na Warszawską, aby przypominać losy ludzi i domów, w których mieszkali, wychowywali dzieci, przeżywali radosne i trudne chwile.
Nasz dzisiejszy spacer rozpoczynamy tuż za kamienicą Kobka, opisaną w dwóch ostatnich odcinkach. Towarzyszy mi, jak zwykle, Stanisław Kwiatkowski, od blisko 60 lat mieszkaniec ul. Warszawskiej, który pomaga odtworzyć powojenne dzieje miasta.
Kamienice w ruinie
- Najbardziej zapamiętałem pierwszy dom za kamienicą Kobka, który podczas jednego z nalotów w 1939 r. został zniszczony do pierwszego piętra, miał spalony i zawalony dach, osmalone okna bez szyb. Jego remont rozpoczął się w 1947 lub 48 r. Następny budynek, który utkwił mi w pamięci, znajduje się pod numerem 58. O ile w innych kamienicach parter był i jest najczęściej wykorzystywany na sklepy, punkty usługowe, tutaj od dołu do samej góry są mieszkania z oknami wychodzącymi na ulicę. Jedno, co się zmieniło, to kolorowa elewacja. Kiedyś wszystkie te domy były szare i smutne, dzisiaj wygląda to o wiele lepiej – opowiada Stanisław Kwiatkowski.
Dalej, pod numerem 60, stoi budynek pana Kalińskiego. Łatwo go rozpoznać, bo na parterze znajduje się znany pub „77”. Mój rozmówca przypomina, że kiedyś w tym domu zakład krawiecki miał Mieczysław Kwiatkowski.
Kamienice na Warszawskiej bardzo ucierpiały podczas bombardowania w 1939 r., m.in. dom pod numerem 62. Jego zniszczony dach, wypalone okna wiały grozą, ale dużo gorzej kamienica wyglądała od podwórka. I zaraz nasuwa się myśl, co z jego mieszkańcami, jak wielu ucierpiało, ilu zostało pod gruzami...
- Pamiętam, że po wojnie pod numerem 62 mieszkali radzieccy żołnierze, którzy naprawiali i konserwowali linię telefoniczną. Podobno biegła ona ze wschodu aż do Berlina, więc nic dziwnego, że interesowali się nią Rosjanie – opowiada Stanisław Kwiatkowski. - Następnych czterech budynków zaraz po wojnie nie było. W głębi natomiast znajdowała się murowana oficyna, gdzie miał zakład stolarski pan Simiński.
Dwór z przeszłością
Idziemy dalej ul. Warszawską i mój rozmówca wskazuje na teren, który kiedyś był ogrodem należącym do Stanisława Buczka, znanego przedwojennego rzeźnika, a później właściciela wytwórni napojów gazowanych. Ogród zaczynał się przy budynku nr 62 i przylegał do stojącego do dziś pięknego dworku pod numerem 66, tak różnego od pozostałej zabudowy ulicy. Kiedyś wejście było od frontu, czyli od ul. Warszawskiej, dom miał stylowy ganek wychodzący na ogród i, co najważniejsze, przetrwał dwie wojny.
Dorota Jaszczak-Kuźmińska, wnuczka Stanisława Buczka, która dzieciństwo i młodość spędziła w tym domu, nie zna dokładnej daty jego budowy, ale prawdopodobnie powstał on jeszcze przed I wojną światową. Wie natomiast, że dziadek kupił dom na początku lat 30. XX w.
- Dzisiaj trudno ustalić datę budowy domu, ponieważ nie żyją niemal wszyscy, którzy mogliby coś pewnego na ten temat powiedzieć. Nie ma również wielu dokumentów. Z trójki dzieci z drugiego małżeństwa dziadka żyje tylko jedna córka, mieszkająca w USA – mówi nasza rozmówczyni i dodaje, że kiedy jest się młodym, nie przywiązuje się należytej wagi do przeszłości, a potem jest za późno, aby dogłębnie poznać historię rodzinnego domu.
Mimo upływu czasu, Dorota Jaszczak-Kuźmińska zapamiętała wiele rodzinnych historii, które układają się w spójną całość. Jej dziadek, Stanisław Buczek, był dwukrotnie żonaty. Pierwsza żona zmarła w 1935 roku przy porodzie drugiego dziecka, które również nie przeżyło. Ale z tą tragedią wiąże się pewna opowieść mająca szczęśliwe zakończenie.
- Kiedyś był zwyczaj wystawiania ciała zmarłej osoby w domu, aby rodzina, sąsiedzi, znajomi mogli ją pożegnać. Moja babcia była wtedy nastolatką, której zawsze podobał się ten piękny dom i bardzo chciała go obejrzeć. Nie znając rodziny Buczków, skorzystała z okazji pożegnania zmarłej i weszła do środka. Po krótkiej modlitwie zerkała na pomieszczenia i marzyła, aby kiedyś w nich zamieszkać – opowiada Dorota Jaszczak-Kuźmińska.
Rodzinne historie
- Tak się stało w styczniu 1940 r. Stanisław Buczek szukał żony, która pomogłaby mu w opiece nad dziewięcioletnim synem Tadeuszem, a rodzina mojej babci chciała ją dobrze wydać za mąż. Babcia pochodziła z rodziny Pietrzaków, znanej w Sochaczewie z organizowanych od ponad 60 lat zjazdów familijnych. Mój pradziadek, Józef Pietrzak, na początku XX wieku wyjechał za chlebem do Chicago (tam urodziła się moja babcia Genowefa). W 1926 roku rodzina wróciła do kraju. Babci bracia - Wacław i Edward, gdy tylko osiągnęli pełnoletność, ponownie wyjechali do USA. Rodzice mojej babci pozostali w Polsce. Taka była decyzja pradziadka, a jego żona i córka, jak to było w tamtych czasach, musiały się podporządkować. Prababcia, Maria Pietrzak z Artmanów, całe życie żałowała tej decyzji – dowiadujemy się od naszej rozmówczyni.
Zaważyła ona na dalszych dziejach rodziny, która dzięki temu ma ważny sochaczewski wątek.
- Moja babcia w chwili ślubu miała 20 lat, a dziadek 35, ale mimo dużej różnicy wieku, a także tego, że był to ślub z rozsądku, to było dobre i kochające się małżeństwo. Oprócz syna z pierwszego małżeństwa dziadka doczekali się jeszcze trójki wspólnych dzieci – syna Jerzego i dwóch córek – Jadwigi i Elżbiety. Moja mama, Jadwiga Buczek, w 1968 r. poślubiła mojego tatę, Tadeusza Jaszczaka. I to on zaczął prowadzić firmę wraz z dziadkiem, a po jego śmierci w 1979 roku przejął po dziadku interesy. Babcia przeżyła dziadka o blisko 30 lat. Zmarła w 2007 r. – opowiada Dorota Jaszczak-Kuźmińska.
Powojenny czas
Więcej o firmie „Buczek&Jaszczak” napiszemy przemierzając drugą stronę ulicy, gdzie znajdowała się jej siedziba, tymczasem wracamy do historii domu.
Po wojnie został on skomunalizowany, co znaczy, że właścicielom pozostawiono jego niewielką część, a do większości pomieszczeń dokwaterowano lokatorów. Przez ganek wchodziło się do notariusza i nawet budynek gospodarczy w podwórzu wykorzystano na mieszkania. Lokatorów było naprawdę dużo, nasza rozmówczyni do dzisiaj pamięta rozmieszczenie pokoi i nazwiska mieszkańców. Dopiero w latach 80. XX w. rodzina odzyskała dom i poddała go generalnemu remontowi. Syn dziadka z pierwszego małżeństwa - Tadeusz, który mieszkał w Warszawie, zmarł w 1988 roku. Drugi syn, Jerzy, wyprowadził się nad morze, gdzie po studiach służył w marynarce wojennej w Gdyni, zmarł w 2015. Dom po rodzicach odziedziczyły więc dwie córki. W części przypadającej rodzinie Jaszczaków mieszka obecnie jedna z wnuczek Stanisława Buczka z rodziną, druga połowa została sprzedana i mieści się w niej prywatna firma.
Jak na jeden dom to mnóstwo wspomnień. Warto jednak, aby takie historie nadal odkrywać i utrwalać w pamięci żyjących.
Jolanta Śmielak-Sosnowska