Socrealizm na Warszawskiej. Ze Stanisławem Kwiatkowskim specer po Sochaczewie
W dwóch poprzednich odcinkach opowiedzieliśmy o południowej pierzei ul. Warszawskiej, dzisiaj czas na stronę północną, nazywaną żydowską. Nasz spacer rozpoczynamy od ul. Staszica. Towarzyszy mi jak zwykle Stanisław Kwiatkowski, który przy Warszawskiej mieszka od blisko 60 lat.
Zabudowę po północnej stronie ulicy rozpoczyna narożna dwupiętrowa kamienica z lat 30. XX w. Wyższe kondygnacje zajmują lokatorzy, parter przeznaczono na sklepy i usługi. Jak wszędzie, handlem rządzi rynek, dlatego branże często się zmieniały.
- Kiedyś mieścił się tu sklep z materiałami, później z artykułami przemysłowymi, był też zegarmistrz, a jeszcze później sklep z obuwiem. Najbardziej zapamiętałem jednak zakład fryzjerski pana Nicgorskiego, bo z jego synem Andrzejem chodziłem do szkoły. Pan Nicgorski był eleganckim mężczyzną, charakterystyczną cechą jego stroju była mucha pod szyją – opowiada pan Stanisław.
Kiedyś do jego zakładu na końcu budynku wchodziło się po schodkach. Teraz to wejście jest zamurowane, a na elewacji nie ma po nim śladu.
- Za tą kamienicą stał niewielki parterowy budynek, częściowo murowany a częściowo drewniany, w którym kupowaliśmy warzywa i owoce, a przede wszystkim wspaniałą kiszoną kapustę. Sklepik prowadził pan Urbański, znany działacz sportowy klubu „Start” (obecnie Orkan Sochaczew) – opowiada Stanisław Kwiatkowski. – Dalej znajdował się kiosk Ruch-u, jeden z wielu w naszym mieście. Wtedy w kioskach, oprócz papierosów i gazet, można było kupić prawie wszystko. Tak zwane mydło i powidło. Sprzedawczyni, pani Saniewska, bardzo sympatyczna osoba, była jedną z najlepiej poinformowanych w tej części miasta – dodaje ze śmiechem nasz rozmówca.
Zaraz za kioskiem od Warszawskiej odchodziła w bok ul. Brukowa (dzisiaj Batorego). Była rzeczywiście brukowana i stały przy niej budki handlowe. Ale ciekawostką jest to, że mieszkał przy niej Wincenty Flisiak, późniejszy właściciel restauracji „Wicek”.
- Mijamy Brukową, za którą stały kolejne drewniane budki z różnorodną działalnością. W tym miejscu należy przypomnieć czytelnikom okres okupacji, kiedy Niemcy wyburzyli wszystkie budynki należące do Żydów, a ich umieścili w gettach. Materiały z rozebranych domów wykorzystali następnie do budowy lotniska w Bielicach – opowiada S. Kwiatkowski. – Po 1945 r. te pożydowskie place zaczęli kupować od ocalałych właścicieli lub ich krewnych Polacy. Ale ponieważ nowa władza ludowa nie pozwalała na budowę kamienic, powstawały tymczasowe obiekty w postaci baraków, małych drewnianych budek, przeważnie na cele handlowe. Dlatego pierwsza powojenna zabudowa była taka byle jaka – dodaje.
Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero w czasie tzw. odwilży, a więc po 1956 r. Ale i wtedy o pozwolenie na budowę nie było łatwo. Tym bardziej, jak tłumaczy pan Stanisław, że w kwadracie ulic Warszawska – Batorego – Narutowicza – Żeromskiego miała powstać tzw. wysoka zabudowa, a więc czteropiętrowe bloki z wielkiej płyty. Tak wymyśliła ówczesna władza, ale na omawianym terenie udało się to jedynie przy ul. Narutowicza. Dziś nie wiadomo, czy ogólnokrajowy kryzys na materiały budowlane, czy zmiana decyzji sprawiły, że w latach 60. pozwolono mieszkańcom na indywidualną zabudowę, choć nie do końca...
- Pamiętam nasze starania, bo w tym czasie przy Warszawskiej budował się także mój tata. To była prawdziwa droga przez mękę. Najpierw trzeba było wykonać na własny koszt zmianę planu zagospodarowania przestrzennego dla tego kwartału miasta. Musiała go zatwierdzić Wojewódzka Rada Narodowa w Warszawie przy ul. Filtrowej. Żeby ten plan uzyskać, musiałem wielokrotnie jeździć i wykłócać się z urzędnikami. Na podstawie planu Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sochaczewie wydawało zgodę dla każdego oddzielnie wg zatwierdzonego projektu budowy. Zgodę wydawano indywidualnie, choć budynki miały być identyczne i przypominać elewację bloku – opowiada S. Kwiatkowski.
Trzeba je było postawić tak, aby były odsunięte od poprzedniej linii zabudowy o trzy metry. Dobrze to widać, kiedy staniemy po przeciwnej stronie ulicy. Dwa wysunięte poza linię budynki – panów Gralaka i Obrębskiego - stoją bliżej jezdni, bo wtedy obowiązywała taka odległość od ulicy. Domy powstałe w latach 60. XX w. rzeczywiście wyglądają jak jeden długi blok. Są identyczne, choć mają różnych właścicieli. Nie było mowy o mansardach, wykuszach czy ozdobnych gzymsach.
- Dziwię się takiej decyzji, ale wtedy w budownictwie, światopoglądzie czy kulturze obowiązywał socrealizm i wszystko musiało być dostosowane do jego wymogów, czyli wyglądać tak samo. A czy nie byłoby lepiej, gdyby w mieście z taką historią zachować dawny styl? – pyta retorycznie pan Stanisław i dodaje, że każdemu z właścicieli odebrano sporą część działki, bez pytania i odszkodowania.
Ale wróćmy do opisywanej zabudowy. Przed budynkiem państwa Gralaków, domy postawili pp. Borkowscy i Skrzępkowie, za nim wybudowali się szewc Henryk Kwiatkowski (ojciec naszego rozmówcy), a dalej panowie: Dałkiewicz, który otworzył warzywniak, Podrażka (sklep z galanterią) i fotograf Grzywacz. Na wyższych kondygnacjach były mieszkania właścicieli.
- Przez kilka lat na placu poprzedzającym tzw. dom Obrębskiego funkcjonowały dwa sklepy. Szczególnie zapamiętałem monopolowy, bo cieszył się dużym wzięciem wśród panów. Dwa lata później na tym miejscu wybudowali się Idzi Buczyński - introligator i Wincenty Flisiak – restaurator, który przez jakiś czas, oprócz lokalu przy ul. Narutowicza, prowadził cukiernię i lodziarnię na parterze domu przy Warszawskiej. Ich również obowiązywała zasada dostosowania się do istniejącej już zabudowy.
Nasz spacer kończymy przy domu Jana Obrębskiego, który, choć ma już innego właściciela, przez starszych mieszkańców nadal jest tak określany. W kamienicy wybudowanej na przełomie lat 20. i 30. XX w. świetnie prosperował sklep spożywczy nazywany wtedy kolonialnym, bo w ofercie posiadał wiele towarów przywożonych z zamorskich kolonii, np. przyprawy takie jak wanilia czy cynamon. Sklep i dom, w czasie okupacji ograbiony i spalony wewnątrz przez Niemców, łącznie z towarem znajdującym się w piwnicach, choć odbudowany po wojnie, już nie odzyskał dawnego charakteru. Później przejęło go państwo, w kamienicy umieszczając lokatorów, a sklep oddając na handel uspołeczniony. Mieszkał tam między innymi znany pianista i nauczyciel muzyki Piotr Gniado z rodziną, ojciec zmarłego kilka lat temu muzyka Piotra Bohdana Gniado.
Spadkobiercy Jana Obrębskiego odzyskali dom dopiero w latach 90. XX w.
Całą bogatą historię domu znajdą czytelnicy na portalu Stary Sochaczew, którego autorom udało się porozmawiać z synem pana Jana. My zaś zapraszamy na kolejną opowieść, tym razem o zabudowie ul. Warszawskiej od skrzyżowania z ul. 1 Maja i Żeromskiego do torów kolejki.
Jolanta Śmielak-Sosnowska
Galeria zdjęć: