Powroty do źródeł
Wchodząc do jej pracowni, czujemy prawdziwe zapachy życia artysty – terpentynę, farby i… świeżo parzoną kawę. Naprzeciwko siada Monika Boruta-Sałacińska – kobieta, która świat opowiada kolorami, a każdą rozmowę zamienia w podróż do krainy emocji. To rozmowa o tym, jak wnuczka szklarza stała się malarką, która odnalazła własny, niepodrabialny styl, wychodząc daleko poza ramy klasycznego portretu na zamówienie.
Zanim Monika na dobre chwyciła za pędzel, jej dłonie poznały o wiele twardszą materię. Rzemiosło ma we krwi, a jej dzieciństwo pachniało kitem i ciętym szkłem.
– Moja babcia Kazia była szklarzem – śmieje się Monika, wspominając wakacje na wsi. – Kiedy dziadek zmarł, to ona przejęła zakład. Wyobraź sobie 8-letnią dziewczynkę, która zamiast bawić się lalkami, bierze kółeczko diamentowe i tnie szybę. Potrafiłam szklić okna, kitować je, wbijać te małe gwoździki tak precyzyjnie, żeby nic nie pękło. Babcia czasem stała w progu i przecierała oczy ze zdumienia.
To właśnie tam, w malutkim warsztacie, Monika uczyła, że rzemiosło to fundament każdej sztuki. Robiła ramki do świętych obrazów, które – jak sama przyznaje – wychodziły czasem krzywo, ale uczyły pokory wobec materiału i cierpliwości. Gdy rówieśnice zajmowały się typowymi dziecięcymi zabawami, ona wolała włóczyć się po podlaskich łąkach i patrzeć na polne osty. Ta „uważność”, jak to nazywa, została w niej na zawsze i stała się jej najważniejszym artystycznym narzędziem.
Droga do bycia artystką była dla Moniki naturalnym wyborem, choć nie zawsze oczywistym dla otoczenia. Od najmłodszych lat czuła, że widzi świat inaczej – nie przez pryzmat suchych faktów, ale przez nastroje, światłocienie i kolory, które zmieniają się wraz z porą dnia.
– Zawsze czułam, że malowanie to moja droga, nawet jeśli musiałam do niej dojrzewać przez lata – wspomina artystka. – To było coś, co siedziało we mnie głęboko, rodzaj wewnętrznego przymusu, by utrwalać chwile, które inni pomijają. Dla mnie mgła na obrazie czy rozmyty kontur to nie jest błąd. To opowieść, to emocja, której nie da się opisać słowami.
Ta szkoła uważności na detale stała się prawdziwym paliwem dla jej sztuki, co szybko zaczęło przynosić wymierne efekty. Jej talent i unikatowa technika zostały dostrzeżone przez profesjonalne gremia – obrazy Moniki Boruty-Sałacińskiej są nagradzane w konkursach ogólnopolskich, co stanowi potwierdzenie jej wysokiego kunsztu. Po latach, kiedy otrzymała nagrodę prezydenta za obraz przedstawiający rodzinną chatkę, poczuła, że jej droga została w pełni usankcjonowana. To był moment, w którym osobista pasja spotkała się z szerokim uznaniem, a Monika zrozumiała, że jej malarstwo to najczystszy hołd dla historii i ziemi, którą kocha.
Monika nie ogranicza się jednak tylko do nakładania farby na płótno. Jej wrażliwość karmi się różnymi formami przekazu. W jej życiu niezwykle ważną rolę odgrywa muzyka i tradycyjne pieśni. To one często stają się katalizatorem dla nowych cykli malarskich, nadając im specyficzny rytm.
– Inspiracja rzadko przychodzi z próżni – tłumaczy Monika. – Czasem to jest pieśń usłyszana na festiwalu, innym razem stary dokument czy zapomniana ludowa opowieść. Sztuka to dla mnie naczynia połączone. Fascynuje mnie to, jak niematerialne wspomnienie może przełożyć się na coś tak dotykalnego jak obraz.
Artystyczne poszukiwania prowadzą ją również w stronę natury w jej najczystszej postaci. Zamiast szukać wzorców w wielkich galeriach, Monika woli obserwować zmieniające się światło na bagnach czy strukturę starego, wyschniętego drewna.
Najważniejszym wątkiem jej obecnej twórczości jest „Ojcowizna” – tytuł nadchodzącej wystawy. Ale nie szukajcie tu dokumentów czy granic wytyczonych płotem. To pojęcie znacznie głębsze.
– Nie dostałam od dziadków spadku materialnego. Żadnej ziemi, żadnego bogactwa – mówi Monika z rozbrajającą szczerością. – Ale dostałam coś mocniejszego. Tożsamość. Niedawno siostra wysłała mi stare zdjęcia z 1991 roku. Wspólne ognisko z tatą, pod lasem, na polu, które kiedyś należało do rodziny. Tato latami zbierał na malucha na książeczce samochodowej i obiecywał swojej mamie, że tym maluchem ją tam zabierze. Kiedy go w końcu kupił, babcia zmarła... To ognisko było naszym pierwszym wyjazdem tym wymarzonym autem. Autem, którego babcia niestety już nie doczekała.
Kiedy Monika spojrzała na archiwalne fotografie, doznała olśnienia. Klimat starych zdjęć – to naturalne rozmycie, dym z ogniska mieszający się z powietrzem – to jest dokładnie to, co ona intuicyjnie przenosi na płótno od lat. Jej obrazy dążą do uchwycenia powidoków pamięci. A te są przecież zawsze trochę nieostre, przefiltrowane przez czas i uczucia.
W rozmowie pojawia się też wątek, który definiuje jej obecny etap twórczy.
– Przez długi czas portrety na zamówienie dominowały w mojej pracy. Czułam się wtedy czasem zbyt mocno związana wizją zamawiającego – wyjaśnia. – Ale teraz to się zmieniło. To moje największe zawodowe szczęście, że ludzie przychodzą i mówią: „Pani Moniko, chcę obraz w pani stylu”. Nie szukają już u mnie rzemieślniczego odtworzenia rzeczywistości, ale mojego, autorskiego widzenia świata.
Dziś jej własne kompozycje – pejzaże pełne zamyślenia, postacie zawieszone w czasie, anielskie motywy – cieszą się dużym uznaniem. Kolejne prace wędrują do nowych domów, często bardzo daleko od jej pracowni. Ludzie odnajdują w nich własne, głęboko ukryte historie. Tak jak w obrazie przedstawiającym postać starszej kobiety czekającej z kubkiem gorącego kakao – w tym dziele niemal każdy widzi swoją własną babcię z czasów beztroskiego dzieciństwa.
– Obraz musi mieć w sobie tajemnicę – dodaje zdecydowanie. – Dlatego też unikam ciężkich opraw. Brak ram to u mnie podstawa, bo one ograniczają, zamykają historię. Ja chcę, żeby moje malarstwo wychodziło bezpośrednio do człowieka.
Monika, mimo że wychowała już czwórkę dzieci, które, jak mówi, wyrosły na mądrych i dobrych ludzi, nie zamierza zwalniać tempa. Jej pracownia w wyremontowanym starym domku to miejsce nieustannego rozwoju.
– Jak człowiek przestaje się uczyć, to następuje stagnacja. A stagnacja to dla mnie śmierć za życia – mówi z energią. Artystka czuje, że właśnie teraz, mając bagaż doświadczeń i wypracowany warsztat, może w pełni oddać się poszukiwaniom tego, co w sztuce najtrudniejsze – autentyczności i prostoty, które poruszają odbiorców.
Kończymy rozmowę przy obrazie „Powrót syna”. To niezwykle osobista historia wujka Leona, który po wojennej zawierusze, ku zaskoczeniu całej rodziny, stanął nagle w drzwiach domu. Stało się to w momencie, gdy babcia zdążyła go już opłakać, nie mając nadziei na jego powrót.
– Ktoś kupił ten obraz, bo zobaczył w nim własną historię nadziei, która nie wygasła – uśmiecha się Monika.
I taka właśnie jest sztuka Moniki Boruty-Sałacińskiej. To są nieustanne powroty do źródeł. Do wspomnień o babci-szklarzu, do dymu z ogniska z 1991 roku i do odzyskanego poczucia bezpieczeństwa. Monika nie maluje tylko obrazów. Ona maluje „dom” – ten metafizyczny, ukryty w każdym z nas, do którego podświadomie chcemy wrócić, żeby poczuć ciepło bliskości. Gdzie rano możemy, bez pośpiechu, wygramolić się spod miękkiej pierzyny.
Jeśli szukacie w sztuce prawdy, a nie tylko technicznej biegłości – zajrzyjcie do jej świata. Bo Monika Boruta-Sałacińska otrzymała od losu najpiękniejszą „Ojcowiznę”, jaką artysta może sobie wymarzyć: rzadki dar wzruszania innych swoim niezwykle czułym widzeniem świata.
Sebastian Stępień