Kultowy „Ptyś” powstał w Sochaczewie
Ze Stanisławem Kwiatkowskim spacer po Sochaczewie... Wracamy na główną ulicę miasta, aby przypomnieć, jak wyglądała lata temu. Towarzyszy mi jak zwykle Stanisław Kwiatkowski, od 60 lat mieszkaniec ul. Warszawskiej, a od ponad 80 obserwator zmian zachodzących w mieście.
Poprzednią wycieczkę ulicą Warszawską zakończyliśmy w miejscu, gdzie kiedyś stał słynny sochaczewski zajazd. Niestety nie przetrwał trudnych lat powojennych, kiedy wszystko co prywatne stawało się państwowe, a jak państwowe, to niczyje. Zajazd został rozebrany w 1990 r.
Handlowa ulica
- Za zajazdem, w głębi, znajdował się warsztat pana Wyględowskiego, który zajmował się naprawą i lakierowaniem pojazdów – teraz w tym samym miejscu widzimy sklep rowerowy. Dwóch okazałych budynków, w których na parterze znajdują się sklepy, m.in. Wólczanki, oczywiście nie było, a u zbiegu Warszawskiej i Poprzecznej pod koniec lat 60. ubiegłego wieku ulokowała się kawiarnia „Stokrotka”. Był to obszerny, przeszklony pawilon, zarządzany przez PSS „Społem”. Latem wystawiano na zewnątrz stoliki, które chętnie okupowała młodzież – wspomina Stanisław Kwiatkowski.
Ani PSS, ani bywalcy kawiarni, nie cieszyli się nią zbyt długo. Lokal niestety dosyć szybko spłonął, przywodząc na myśl jakieś fatum, bo to kolejny taki obiekt, który strawił ogień.
- Warto na chwilę pozostać przy Poprzecznej, która w moich czasach była zwykłą wąską drogą, wydeptaną przez mieszkańców powstających w głębi osiedli – Zawadzkiego i Rewolucji Październikowej (obecnie Senatorskiej). Przy tej uliczce bez nazwy, tu gdzie obecnie stoi galeria chińska, mieszkała pani Halina Połeć. Miała piękny różany ogród, w którym za drobne pieniądze można było kupić kwiaty. Pani Połeć była księgową w mojej szkole i jedną z najlepszych pracownic, jakie znałem - dodaje nasz rozmówca.
Dalej wzdłuż Warszawskiej znajdował się budynek Ligi Obrony Kraju (LOK), a po jej przeprowadzce na targowicę przy ul. Pokoju, lokal przejął Zakład Doskonalenia Zawodowego, o którym obszernie pisaliśmy w jednym z poprzednich wydań.
Od masarni do oranżady
Docieramy do miejsca, gdzie przed wojną znajdowała się masarnia pana Buczka. Budynki zajmowały duży plac, a naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, stał jego dom. Losy rodziny i tego wyjątkowego budynku opisywaliśmy niedawno. Wyroby wędliniarskie Stanisława Buczka można było w latach 30. XX wieku kupić w jego sklepie pod halami.
Jak opowiada nam wnuczka Stanisława Buczka, Dorota Jaszczak-Kuźmińska, po wojnie dziadkowi zabroniono prowadzenia masarni i sklepu. Cały zakład przejęło państwo. Po kilku latach, kiedy sytuacja polityczno-gospodarcza się poprawiła, na bazie budynków po masarni powstała Wytwórnia Napojów Chłodzących, pod szyldem Buczek – Jaszczak (Tadeusz Jaszczak był zięciem Stanisława Buczka). Szczególnym powodzeniem cieszyła się oranżada, na początku w szklanych butelkach zwrotnych, zamykanych na tak zwany klips. Jak widzimy na załączonych etykietach, niekiedy kaucja za butelkę była wyższa od ceny napoju. Historia się powtarza, bowiem znowu wracamy do systemu kaucyjnego.
Z czasem powiększał się asortyment wytwórni, wchodziły nowe napoje, inne smaki, plastikowe butelki. Krzysztof Kuźmiński, zięć nieżyjącego już Tadeusza Jaszczaka, pracował w wytwórni przez ostatnie pięć lat jej działalności, ale z opowieści teścia zna wiele faktów z historii firmy. Na przykład to, że, oprócz produkcji oranżady, przez jakiś czas funkcjonowała równolegle rozlewnia piwa, że na początku napoje do sklepów rozwożono furmanką, a na wyboistych drogach już z daleka słychać było dzwonienie butelek i niejedna nie dojechała w całości. Ciekawostkę stanowi fakt, że Tadeusz Jaszczak, aby poprawić jakość produkowanych wyrobów, beczkowozami przywoził lepszą wodę, a koncentraty do napojów sprowadzał z zagranicy.
- Wiąże się z tym jeszcze jedna ciekawa historia: mój teść poszerzył asortyment wyrobów o napój pomarańczowy „Ptyś”, który cieszył się ogromnym powodzeniem. Po kilku latach produkt o tej samej nazwie wprowadziła firma Tarczyn i go opatentowała. Trzeba było zmienić nazwę, ale że klienci przyzwyczaili się do niej, mój teść wybrnął z kłopotu dodając jedną literkę. Od tej pory sochaczewski napój pomarańczowy nazywał się „Ptysio” – dodaje ze śmiechem Krzysztof Kuźmiński.
W wytwórni pracowało na stałe od 15 do 20 osób, ale w sezonie letnim zatrudnienie się zwiększało. Rodzinna firma istniała do 1999 r. i do samego końca, oprócz sprzedaży hurtowej, prowadziła na miejscu sprzedaż detaliczną. Po kilku latach od likwidacji wytwórni działkę, na której stała, sprzedano a na tym terenie powstał duży budynek usługowy.
PS. Serdecznie dziękuję Dorocie Jaszczak-Kuźmińskiej oraz Krzysztofowi Kuźmińskiemu za wspomnienia o rodzinie oraz niepublikowane dotychczas zdjęcia.
Jolanta Śmielak-Sosnowska
Czytelnicy piszą
Szanowna Pani Redaktor,
może trochę późno, ale chciałbym dołączyć do spaceru z Panią i Stanisławem Kwiatkowskim ulicą Warszawską. Chodzi o wydanie z dnia 14 października 2025 r. (nr 21/1507) pt. „Na Warszawskiej kończyło się miasto”. Ośmielam się uzupełnić informacje o tej części ulicy, ponieważ od 1958 r. do końca lat osiemdziesiątych mieszkałem przy ul. Warszawskiej nr 70 i doskonale pamiętamy ludzi i zmiany, jakie następowały.
Zacznę od początku: za budynkiem pana Buczka, a tak dokładniej dotykając ogrodzenia tej posesji, stał jednopiętrowy budynek, do którego właściwie wchodziło się od tyłu (od strony podwórka). Mieszkało tam kilka rodzin, m. in. państwo Szajewscy, Ozdobińscy, Cichoccy - pani Danuta z synem Bogusiem, i ten budynek miał nr 68. Następnie pisze pani: „ … stała parterowa oficyna i mieszkały tam dwie rodziny…”. W tym budynku, w późniejszym czasie, mieściły się również Ludowe Związki Sportowe, sekcja kolarska, i wydaje mi się, że na miejscu tej oficyny zbudowano siedzibę PZU.
Dalej czytamy: „ ….a w głębi, ustawiony szczytem do ulicy, blok mieszkalny o numerze 68. To jeden z pierwszych budynków tworzący osiedle między ulicami Warszawską, Piłsudskiego i Reymonta…” Muszę tu sprostować, to był pierwszy blok przy ul. Warszawskiej, który oddano do użytku w 1958 r. i nosił numer 70. Pozostałe bloki wybudowano dopiero w latach 1970-82. „ …Dalej, wzdłuż Warszawskiej, mijamy budynek, w którym mieści się obecnie Bank PKO BP…” Za bankiem, w stronę kolejki, do końca lat sześćdziesiątych stał jeszcze kolejny parterowy dom, w którym najpierw znajdował się sklep p. Kluskowej (przeniesiony później na drugą stronę ulicy, tuż obok kina Robotnik) i w którym mieszkało kilka rodzin.
W rozdziale „Ulica, której nie było” opowiada pan Kwiatkowski o leszowej drodze od
ul. Warszawskiej równoległej do torów kolejki wąskotorowej, która kończyła się na skrzyżowaniu torów „ciuchci” z torami bocznicy prowadzącej do młynów. Ta ulica miała nazwę, to ul. Cicha. Przy tej ulicy było kilka zabudowań m. in. gospodarstwo p. Wernera, producenta warzyw, czy dom państwa Kaniów. Cichą można było dojść od strony wschodniej do ul. Świerczewskiego, obecnie Grabskiego.
„ …Za leszówką był duży sad i staw, a wśród drzew owocowych piętrowy budynek, bardzo ładny…”, ale jeszcze przed tym drewnianym domem państwa Szymańskich (o którym wspomina w nr 22/1508 p. Tomek Kasiński), na rogu ul. Warszawskiej i Cichej stał piętrowy dom pana Durniewicza. W tamtym czasie mieszkał w nim jego wnuk, p. Krzysztof Durniewicz oraz znany sochaczewski szewc - p. Miecio Gorzak z rodziną. Pomiędzy domem państwa Szymańskich a sklepem pani Rybkowej był wjazd do bazy i magazynów PZDL.
Wspomnę jeszcze, że zaraz za torami i opisaną budką dróżnika, już na terenie stadionu, w samym rogu od strony torów, był drewniany budyneczek, w którym zamieszkiwała rodzina
z dwoma synami.
Bardzo lubię wspomnienia o dawnym Sochaczewie pisane Pani piórem. Pozdrawiam. Julek Tasiecki
Z kolei pani Dorota, prawnuczka E. i M. Dąbrowskich, na Fb miasta, w komentarzu do kolejnego odcinka opowieści napisała, że za leszówką, obecnie ul. Piłsudskiego, były dwa domy: rodziny Dąbrowskich (jej pradziadków) i bliżej stadionu - rodziny Szymańskich. Na dowód tego zamieściła zdjęcie budynku.
Dziękujemy Czytelnikom za ich cenne uwagi.
Redakcja