Jak młoda krew zmienia lokalne społeczności: Historia Diany Hunkinej z Gródka
Energia nowych możliwości
Przyjechała do Gródka z innego regionu kraju - bez konkretnego planu, ale z wewnętrzną potrzebą działania i bycia użyteczną. Dziś Diana Hunkina jest jedną z tych młodych osób, które nie tylko zaadaptowały się do życia w warunkach wojennych, ale stały się integralną, napędową częścią społeczności Gródka.
Diana pochodzi z Synelnykowego w obwodzie Dniepropietrowskim - miasta, które każdego dnia zmaga się z brutalną rzeczywistością ostrzałów. Tam zostali jej bliscy, o których drży każdego ranka. Do Gródka sprowadziła się wraz z mężem, zawodowym siatkarzem klubu «Reprezentacja Ukrainy U-20». To właśnie ta przeprowadzka stała się dla niej punktem zwrotnym i otwarciem zupełnie nowego rozdziału.
Życie na walizkach i przyspieszony kurs dorosłości
W ostatnich latach, podążając śladem sportowej kariery męża, Diana wielokrotnie zmieniała adresy: Czerniowce, Lwów, Charków, Odessa. Dystans od rodzinnego domu i wojenna codzienność sprawiły, że musiała błyskawicznie dorosnąć i przestać czekać na mityczne „lepsze czasy”. Przyjęła zasadę: bez względu na to, gdzie rzuci ją los, musi szukać szansy na samorealizację.
- Nie potrafię siedzieć z założonymi rękami - przyznaje Diana. - Gdy tylko zakotwiczyliśmy w Gródku, od razu zaczęłam rozglądać się za pracą. Kiedy dowiedziałam się o wakacie w Domu Kultury, postanowiłam spróbować. Przyjęto mnie tam tak ciepło, że po prostu poczułam: to jest to miejsce.
Od niemal roku Diana współtworzy tkankę kulturalną miasta: organizuje wydarzenia, tworzy instalacje, występuje w programach artystycznych, śpiewa i tańczy. To, co początkowo miało być zajęciem „dla siebie”, przerodziło się w misję na rzecz mieszkańców - pełną pasji i autentycznego zaangażowania. Dzięki swojej otwartości szybko stała się rozpoznawalna, a szczególną sympatię zyskała u najmłodszych. Po świątecznych spektaklach, w których wcielała się w bajkowe postacie, dzieci z Gródka zaczęły ją kojarzyć już nie jako urzędniczkę, ale jako „swoją” bohaterkę z ekranu czy książki.
Od uczennicy do instruktorki tańca brzucha
Aktywnej naturze Diany to jednak nie wystarczyło. Postanowiła otworzyć w mieście studio choreografii wschodniej.
- Tańce orientalne to moja pasja od dziecka, a zawodowo zajmuję się nimi od ponad siedmiu lat. Moja mentorka, Daria Jałanska, przekazała mi nie tylko technikę, ale też głębokie zrozumienie historii i filozofii tej sztuki – opowiada Diana. - Taniec to nie tylko ruch. To postawa, pewność siebie, świadomość własnego ciała i hart ducha. Dzieci, które wychodzą przed publiczność, stopniowo wyzbywają się lęku przed oceną - a ta umiejętność przyda im się w życiu znacznie bardziej, niż sam układ taneczny.
Choć Diana marzyła o studiach reżyserskich w stolicy (podczas egzaminów wstępnych za swój taniec otrzymała imponujące 196 na 200 punktów), los napisał inny scenariusz. Miłość do sztuki jednak przetrwała. Gdy ogłosiła nabór do sekcji tanecznej, z niepokojem czekała na odzew.
- Na pierwsze zajęcia przyszło 21 dzieci wraz z rodzicami. Byłam w szoku, nie spodziewałam się takiej frekwencji. Większość została z nami na stałe, co było dla mnie najlepszym dowodem, że to, co robię, ma sens - podkreśla. Tak w Gródku powstało tętniące życiem centrum miłośników tańca wschodniego.
Komentatorka z przypadku, liderka z wyboru
Kolejnym zaskakującym wyzwaniem w życiu Diany okazało się... komentowanie meczów siatkówki. Dzięki mężowi świetnie orientuje się w zawiłościach tej dyscypliny.
- Od czterech lat bywam na meczach, znam żargon, sama grałam w Czerniowcach. Gdy pewnego razu zabrakło profesjonalnego komentatora, zaproponowano mi zastępstwo - wspomina. - Stres był ogromny: analizowałam składy, podpatrywałam zawodowców. Pierwsza transmisja była skokiem na głęboką wodę, ale już kolejnego dnia poczułam flow. To doświadczenie udowodniło mi, że strachu nie należy unikać - trzeba go oswoić i iść naprzód.
Między sceną a paragrafem
Mimo natłoku obowiązków, Diana nie zrezygnowała z edukacji. Choć w duszy czuje się artystką, przy wyborze zawodu postawiła na konkretny fach.
- Wybrałam prawo i nie żałuję. Uważam, że jurysprudencja ma w sobie coś z aktorstwa - to sztuka słowa, argumentacji i przekonywania - uśmiecha się. Ukończyła studia licencjackie na Narodowym Uniwersytecie Prawniczym im. Jarosława Mądrego i kontynuuje naukę na magisterium. Wykształcenie prawnicze nie oddaliło jej od kultury; wręcz przeciwnie - dodało jej pewności siebie i systematyczności w pracy z ludźmi.
Ufff, jestem w domu: Jak małe miasto skradło jej serce
Ciągłe przeprowadzki nauczyły Dianę elastyczności, ale to właśnie tutaj po raz pierwszy poczuła, że nie chce się tylko przyzwyczajać - chce zapuścić korzenie. Pojawiło się to bezcenne poczucie przynależności, którego nie da się kupić. Choć początkowo Gródek, po doświadczeniach z metropoliami, wydawał się jej maleńki.
- Pomyślałam wtedy: Mój Boże, gdzie ja trafiłam? - wspomina ze śmiechem. - Wszystko zmieniło się, gdy odnalazłam tu swoją przestrzeń. Polubiłam tutejszą ciszę, przytulność i to, że ludzie znają się i uśmiechają do siebie na ulicy. Teraz, gdy wracam z wyjazdów, moją pierwszą myślą jest: Nareszcie w domu.
Diana jest przekonana, że nawet mała społeczność może przeżywać rozkwit dzięki oddolnym inicjatywom. - Najważniejsza jest chęć. Przyjechałam do obcego miasta i odnalazłam w nim siebie. Młodym ludziom mówię: nie bójcie się. Możliwości są wszędzie, trzeba tylko chcieć je dostrzec i zacząć działać.
Jej życiowe credo jest proste: Trzymać fason i robić swoje, bez względu na okoliczności. Historia Diany to portret pokolenia Ukraińców, którzy nie czekają na „po wojnie”, by zacząć żyć. Oni budują nową rzeczywistość już teraz - dla dzieci, dla kultury i dla wspólnej przyszłości.