Dzielna jak Natalia cz. II
Zanim dostała pracę w sochaczewskim ratuszu, dużo wysiłku włożyła w to, aby w Polsce samodzielnie stanąć na nogi. Mimo wyższego wykształcenia, zaczynała jako sprzątaczka, pracowała „na zmywaku”, jeździła na TIR-ach. Dziś jest cenionym pracownikiem i nadal pomaga swoim rodakom z Ukrainy. Z Natalią Szostką o życiu w Ukrainie, na Syberii i w Polsce rozmawia Jolanta Śmielak-Sosnowska. Pierwszą część rozmowy znajdziecie tu
Jak to się stało, że trafiła pani do urzędu miejskiego?
Jak Rosja napadła na Ukrainę w 2022 r. i do Polski zaczęli masowo przyjeżdżać moi rodacy, urząd poszukiwał pracownika do kontaktów z nimi. To musiała być osoba, która zna język rosyjski, ukraiński i polski, umie załatwiać sprawy uchodźców, tłumaczyć z jednego języka na drugi. Dowiedziałam się o ogłoszeniu i bardzo zależało mi na tej pracy. Tego dnia, kiedy był nabór, nie mogłam się doczekać godziny ósmej rano i zadzwoniłam o 7.50. Miałam szczęście, bo odebrał pan sekretarz Andrzej Wierzbicki i zaprosił mnie na rozmowę. 8.10 byłam już w urzędzie. Musiałam przetłumaczyć jakiś tekst, powiedzieć, gdzie pracowałam, jakie szkoły skończyłam i jaki mam pomysł na organizację pracy z uchodźcami. Mimo że byli inni chętni, to wybrano mnie.
Zwłaszcza na początku to była ciężka praca. Pamiętam te kolejki przed urzędem.
Oj tak. Najgorsze były dwa pierwsze miesiące. Ja nie miała czasu zjeść kanapki, wypić herbaty. Cały czas przy okienku stały tłumy ludzi. Bardzo im współczułam, chciałam pomóc, ale musiałam zadbać o porządek, bo do ratusza przychodzili też mieszkańcy, Polacy, którzy chcieli załatwić swoje sprawy. Udało mi się tak zorganizować pracę, że nie było krzyków, płaczu, każdy czekał na swoją kolej.
Na tyle dobrze pani sobie poradziła, że, jak minęła ta największa fala uchodźców, zaproponowano pani stałą posadę.
Muszę powiedzieć, że bardzo zaangażowałam się w pracę. Po tych dwóch miesiącach zaczęłam pomagać paniom w biurze obsługi klienta w innych sprawach, nie tylko ukraińskich. Przysłuchiwałam się, uczyłam od innych, brałam udział w szkoleniach i teraz już mogę wykonywać to samo, co moi współpracownicy. Ale nadal obsługuję osoby z Ukrainy, które tu mieszkają, bo zawsze mają coś do załatwienia.
Jednym słowem zadomowiła się pani w Sochaczewie, ale chciałabym jeszcze wrócić do czasów, kiedy mieszkała pani w Ukrainie. Jak tam się żyło?
Ciężko. Ukraina w latach 90. była biedna, słabo rozwinięta, brakowało pieniędzy i towarów, dlatego kiedy miałam jedenaście lat, rodzice postanowili wyjechać do pracy w Rosji, na Syberii.
Tak daleko wyruszyliście?
Moja mama jest z zawodu nauczycielką. Uczyła dzieci z klas I-III. W tym czasie potrzebowano nauczycieli na północy Rosji. Zarobki były dużo wyższe niż w naszym kraju, bo warunki pracy były trudniejsze. Nie dość że bardzo zimno, to jeszcze praca z koczowniczym ludem Nieńców.
Czytałam o tym plemieniu zamieszkującym tereny polarne i do tej pory żyjącym dziko. Część z nich nadal mieszka w szałasach, poluje na renifery i żywi się złowionymi rybami.
No właśnie. Rosja próbowała ich ucywilizować, stworzyła szkoły z internatami dla dzieci, dorosłych chciała zatrudniać jako siłę roboczą. Nieńcy mieszkają w tundrze, na terytorium Rosji, ale prowadzą własny tryb życia, trudno im się przystosować do narzuconych zasad. Nie znają rosyjskiego, bo mają swój język, nie potrafią pisać, ani czytać, ubierają się w futra zwierzęce, to zupełnie dziki lud.
Jak daleko leży miejsce, do którego trafiliście?
Miejscowość leży nad rzeką Ob i nazywa się Nowy Port. Z Kijowa jechaliśmy pięć dni pociągiem a później jeszcze 1,5 doby płynęliśmy statkiem. Temperatura tam spada do -52 stopni i wieje bardzo zimny wiatr buran. Kiedy mróz przekracza -15 st., dzieci z klas I-III nie chodzą do szkoły, jak jest -25 st. także ci od IV do VII kl. zostają w domach, powyżej tej temperatury tylko dorośli idą do pracy. Nauka trwa od września do maja. Dzieci mają trzy miesiące wakacji i na ten czas zawsze wracaliśmy do domu na Ukrainę, bo tam została nasza babcia. Mama jechała z nami, a tata, który był kierowcą, zostawał dłużej, bo nie miał tyle wolnego.
A gdzie pracował?
Tata był kierowcą w ogromnym zakładzie przetwórstwa rybnego. To druga na świecie, po Alasce, chłodnia, z której ryby rozwożono na całą Rosję. Tata zabierał ładunek na TIR-a i jeździł od jednej do drugiej miejscowości. Pokonywał tysiące kilometrów, bo tam miasta czy wsie dzielą ogromne odległości. To była niebezpieczna praca, dlatego że większość trasy odbywała się po lodzie, ale zdarzały się miejsca, gdzie lód pękał i cały samochód mógł pójść pod wodę. W drodze powrotnej tata przywoził transport towarów z Rosji – jogurty, słodycze, przyprawy, warzywa, a za kilka dni znowu ruszał z rybami.
Jak długo mieszkaliście na Syberii?
Trzy lata, od 1997 do 1999 roku. Dla mamy to była bardzo ciężka praca, dzieci trzeba było uczyć wszystkiego – mycia, zakładania normalnego ubrania, jedzenia innych rzeczy, niż były przyzwyczajone. Oni uciekali z lekcji, nie potrafili się skupić na zajęciach, kłócili się z nauczycielem. Nieńcy mają wszystko za darmo, ale może jeden na stu chciał się uczyć. Wtedy jemu państwo fundowało uniwersytet. A teraz, w czasie wojny, władze Rosji wysyłają Nieńców na front.
Trzeba być bardzo dzielną, żeby przetrwać wszystkie trudy, jakie pani zniosła. Wiele kobiet nie dałoby rady.
Ja już wcześniej mówiła, że przywiodły mnie tu rodzinne korzenie, chciałam odnowić kontakt z Polską, który utracili moi dziadkowie. Ciężko pracowałam, żeby zasłużyć na pobyt tutaj i wierzę, że mogę się jeszcze przydać w Sochaczewie. Chcę pracować i pomagać.
Życzę dobrego życia w naszym mieście.
Dziękuję.