{index_ob_css}{index_ob_js}

Toruńska i Farna – zalążek starówki

Toruńska i przecinająca ją Farna to ulice, które należałoby zaliczyć do sochaczewskiej starówki, gdyby takowa istniała. Wojenne zniszczenia, układ miasta oraz wieloletnie zaniedbania w czasach PRL sprawiły, że musimy się zadowolić tym, co pozostało. O minionych czasach tych dwóch ulic opowiada Barbara Sobkowicz, mieszkanka Farnej od kilkudziesięciu lat.

Zdjęcie do Toruńska i Farna – zalążek starówki

Ulicę Toruńską otwiera okazała narożna kamienica państwa Janiszewskich, wybudowana w okresie międzywojennym przy skrzyżowaniu z ul. Staszica. Jej dawny urok możemy podziwiać na starych fotografiach, bo dzisiaj budynek pomału popada w ruinę. Nie znamy jego stanu wewnątrz, ale elewacja aż prosi się o renowację.

Z budową kamienicy w 1932 r. wiąże się ciekawa historia, którą poznajemy dzięki relacji Kazimierza Hugo-Badera, zamieszczonej w piśmie „Sochaczewianin” z 25 czerwca 1932 r. Kilka lat temu, opierając się na źródłach muzealnych, zamieścili ją autorzy portalu Stary Sochaczew. Oto jej obszerny fragment z zachowaną oryginalną pisownią:

„Dnia 18-go czerwca r.b. podczas robót ziemnych przy budowie domu w Sochaczewie, na Starym rynku przy zbiegu ulic Toruńskiej i Staszica, natrafiono na resztki starych murów i fundamentów, podczas rozbiórki części murów poniżej obecnego poziomu, znaleziono wmurowany w ścianę garnek gliniany z monetami polskiemi. Są to monety srebrne, półgroszaki Kazimierza IV Jagiellończyka, a wiec z wieku XV, z okresu kiedy ziemia sochaczewska została wcielona do Korony. Sądząc z ocalałych resztek garnka, monet tych było około tysiąca albo i więcej. Wśród monet Kazimierza Jagiellończyka, znajduje się również kilka monet Lwowskich ze lwem, oraz W. Ks. Litewskiego z literą „W” Jagiełły.

Oczywista, w mgnieniu oka, monety te rozdrapano, rozkradziono i porozdawano. Udało się uratować i zabezpieczyć, zawdzięczając zarządzeniu p. Starosty zaledwie 280 sztuk. Właściciel placu, oraz nowobudującego się domu, przekonawszy się iż monety nie są złote, w prostocie ducha pozwalał zabierać monety każdemu. Wiele monet uszkodzono, przez pocieranie o cegłę, w celu przekonania się czy nie są złote…

Z przykrością należy stwierdzić, iż nie tylko chciwość prostaczków przyczyniła się do rozdrapania i zniszczenia tego, tak cennego dla kultury znaleziska, ale i pusta, nie celowa manja posiadania bodajby kilku egzemplarzy monet – wśród inteligencji miejscowej.

Monety te, jako takie, nie mają literalnie żadnej wartości jako kruszec, natomiast wartość naukową, zwłaszcza dla dziejów naszego miasta i powiatu – przedstawiają niezmiernie dużą. Szkoda więc niepowetowana, że znalezisko to dojdzie do badaczy i muzeum – b. niekompletne...”

Z opowieści Kazimierza Hugo-Badera przebija nie tylko chęć zrelacjonowania ciekawego odkrycia, ale także głęboka troska o nasze dobra historyczne i kulturalne. Nic dziwnego, że pozostaje on do dziś w pamięci mieszkańców jako działacz społeczny, a przede wszystkim propagator twórczości Fryderyka Chopina i współtwórca Żelazowej Woli, jaką znamy.

Wróćmy jednak do kamienicy i jego właściciela.

- Pan Janiszewski był od przedwojnia cenionym rzeźnikiem. Jego wędliny słynęły z wyjątkowego smaku i doskonałej jakości. Po ukończeniu kamienicy, w jej centralnym punkcie, na parterze, otworzył świetnie prosperujący sklep mięsny. Klientów obsługiwała jego żona, a do pomocy miała jeszcze dwie osoby – opowiada Barbara Sobkowicz.

Warto powiedzieć, jak w tamtych czasach przechowywano mięso. Nie było przecież lodówek, zamrażarek, ludzie musieli sobie radzić w inny sposób.

- Kiedy przechodziło się obok kamienicy pana Janiszewskiego, z piwnic wydobywała się smakowita para. Tam bowiem wędzono wędliny. A dalej w kierunku Farnej, w mniejszym budynku, przechowywano mięso. Odbywało się to tak, że zimą, kiedy rzeki skuwał lód, wycinano grube tafle, które przenoszono do piwnic lub specjalnych pomieszczeń, okładano nimi mięso, a na te płaty lodu sypano jeszcze trociny – przypomina Barbara Sobkowicz, która w dzieciństwie zaglądała do budynku służącego za chłodnię, spędzając czas z dziećmi państwa Janiszewskich.

Taki stan handlu i rzemiosła trwał do 1949 r., kiedy władza ludowa, co prawda nie zakazała prywatnej działalności, ale robiła wszystko, aby ją utrudnić. Sposobem na to miał być tak zwany domiar, czyli taki podatek, który pod znakiem zapytania stawiał opłacalność wszelkiej prywatnej działalności.

- Sklep jeszcze istniał, ale z dnia na dzień marniał, a wraz z nim marniał pan Janiszewski. Wkrótce zachorował i zmarł, zostawiając młodą wdowę z trójką dzieci. To tylko jeden z przykładów, jak w powojennej Polsce niszczono ludzi i całe rodziny, które zostawały z niczym. Janiszewskim został tylko dom, ale z zakwaterowanymi przez miasto lokatorami. Następny budynek zajmował inny rzeźnik, pan Balcerski. Na dole był sklep, z czasem upaństwowiony, oraz część mieszkalna. Górę domu w większości zajmowali lokatorzy. I to były wszystkie zabudowania po tej stronie Toruńskiej – dodaje Barbara Sobkowicz

Następna była posesja należąca obecnie do mojej rozmówczyni, a wcześniej do jej rodziców, państwa Błędowskich. W latach 40. właściciele wybudowali mały drewniany dom, stojący frontem do Toruńskiej. Później powstał piętrowy murowany budynek, ale zgodnie z poleceniem władz musiał stanąć bliżej ulicy, tym razem Farnej. Po rozbudowie w latach 80. kamienica zyskała obecny wygląd.

Jak wspomina Barbara Sobkowicz, za ich domem, w stronę Bzury nie było już żadnych zabudowań, jedynie pusty plac państwa Malinowskich. Zmieniło się to dopiero kilka lat temu, kiedy spadzisty teren zasiedlił nowy właściciel.

- Po drugiej stronie Toruńskiej, naprzeciwko kamienicy Balcerskich, znajdował się nieduży budynek straży pożarnej, drewniany, na podmurówce, a obok wieża – dzwonnica. W stosunku do obecnej strażnicy poprzednia była cofnięta w stronę ul. Farnej. Wtedy nie istniała jeszcze zawodowa straż pożarna, więc w budynku mieszkał pan Karaluch z rodziną, który w razie pożaru dzwonieniem wzywał strażaków-ochotników. Ale remiza służyła nie tylko strażakom. Odbywały się tam odczyty, zebrania mieszkańców, a w soboty – potańcówki. Wtedy budynek rozbrzmiewał muzyką na żywo, śpiewem i wesołymi rozmowami. Była to również wielka atrakcja dla dzieci z okolicy. Pamiętam, jak z koleżankami i kolegami stawaliśmy przy otwartych oknach, żeby oglądać te ciekawe widowiska – tańczących ludzi, muzykantów przygrywających do zabawy. Po latach wojny to była wspaniała rozrywka dla dorosłych i dla dzieci – wspomina Barbara Sobkowicz.

W ten rejon miasta jeszcze wrócimy, aby opowiedzieć o najstarszej w mieście kamienicy przy Farnej 13 oraz o nieistniejącym drewnianym moście w śladzie ulicy Toruńskiej.

Jolanta Śmielak-Sosnowska

Foto: Istniejąca do dziś kamienica rodziny Janiszewskich przy ulicy Toruńskiej. Okres międzywojenny. Foto ze zbiorów MZSiPBnB

powrót do kategorii
Poprzedni Następny

Pozostałe
aktualności