Zakład numer jeden i jego mistrz
Józef Madanowski od 1966 roku, bez żadnej przerwy, prowadzi zakład szewski przy placu Kościuszki. To u niego buty naprawiają kolejne pokolenia sochaczewian, a niemal 94-letni rzemieślnik dla wielu klientów stał się kimś więcej niż tylko fachowcem – bliską, znajomą osobą.
Warsztat pana Józefa od początku wygląda niemal tak samo. Stoją w nim kilkudziesięcioletnie maszyny, a zapach kleju na dobre wniknął w półki i szafki. Na zapleczu, za koronkową firanką przesłaniającą szybę w drzwiach, urządzono niewielki kącik wypoczynkowy. Wyblakły szyld na drzwiach pawilonu przy placu Kościuszki głosi: „Zakł. Nr 1 Usługi Szewskie”.
Dziś Józef Madanowski jest jedynym szewcem w mieście posiadającym dokumenty rzemieślnicze. Urodził się w 1932 roku w Skowrodzie pod Kocierzewem. Rodzina prowadziła niewielkie gospodarstwo, a ojciec pana Józefa był niezwykle uzdolnionym ogrodnikiem. Jak opowiada szewc, potrafił od ziarenka wyhodować każdą odmianę drzewa owocowego. Obok domu wydzielony był fragment terenu, na którym Madanowski senior prowadził swoje ogrodnicze eksperymenty. Młody Józef z fascynacją im się przyglądał, jednak proza życia skierowała go na inne tory. Gospodarstwo było małe, dzieci kilkoro, należało więc znaleźć inną drogę zawodową.
Jako piętnastolatek rozpoczął naukę zawodu cholewkarza i szewca pod okiem Lucjana Przydatka przy ulicy Wąskiej. Spędził tam cztery lata, następnie odbył niemal trzyletnią służbę wojskową w Jeleniej Górze. Po jej zakończeniu zaczął pracować ze starszym o dziesięć lat bratem Stanisławem, który prowadził zakład szewski przy ulicy Staszica. Stanisław uczył się fachu od znakomitych warszawskich szewców, którzy w 1944 roku, uciekając przed walkami powstańczymi w stolicy, trafili do Sochaczewa i już tu pozostali, pracując w warsztacie Jana Szymaniaka, gdzie Stanisław był czeladnikiem.
Bracia przez lata pracowali razem, szyjąc i naprawiając obuwie. Ich specjalnością były szczególnie poszukiwane, drogie oficerki. Józef szył cholewki, a ostateczny szlif butom nadawał Stanisław. Po śmierci brata pan Józef jedyny raz w życiu porzucił szewstwo i przez pięć lat pracował w fabryce. W 1966 roku, korzystając z możliwości wybudowania własnego zakładu, powrócił jednak do zawodu i otworzył warsztat, który działa do dziś.
Z pawilonami przy placu Kościuszki wiąże się ciekawa historia. Była to inicjatywa ówczesnych władz miasta, które przygotowały plan i uzbroiły teren, dając rzemieślnikom szansę na rozwinięcie działalności. Józef Madanowski z tej możliwości skorzystał i jest jedyną osobą, która od początku funkcjonuje tu nieprzerwanie w tym samym miejscu. Jak sam mówi, sąsiedni pawilon ma już szóstego właściciela.
Przez niemal cały czas pan Józef prowadził warsztat samodzielnie, choć przez kilka lat zatrudniał czeladnika, który później otworzył własny zakład. Aż do transformacji ustrojowej nie tylko naprawiał, ale i szył buty. Przez pewien czas specjalizował się w obuwiu ortopedycznym, które w latach PRL-u wykonywano na zamówienie, zgodnie z zaleceniami lekarskimi. Do jego warsztatu przyjeżdżali klienci z całej Polski. Ten etap działalności zakończył w latach 80.
Lata 90., jak dla większości rzemieślników, były trudne. Zalew tanich towarów sprawił, że wiele osób przestało naprawiać buty i zaczęło kupować nowe. Dziś powoli widać powrót do poszukiwania jakości, jednak pan Józef ograniczył działalność wyłącznie do napraw – nie szyje już nowych butów. Zapytany o najpiękniejsze, jakie stworzył, wspomina dwie pary kozaków wykonane na zamówienie mieszkającej we Francji kuzynki. Po ich otrzymaniu powiedziała: „Józiu, ty jesteś artystą”.
– Kiedy zaczynałem, szewstwo było zaszczytem – wspomina. – Obuwia brakowało, niby szewców było dużo, ale każdy miał co robić. Potem zawód upadł.
Najczęściej trafiają do niego klienci ze zleceniami, których – jak podkreśla – inni sochaczewscy szewcy, nieposiadający papierów rzemieślniczych, nie potrafią wykonać: wszywanie suwaków, zwężanie, skracanie lub poszerzanie cholewek w kozakach. Potrafi także naprawiać końską uprząż czy skórzane smycze dla psów. Jak mówi, dobry but to but skórzany – i powinien być „szykowany do nogi”.
Coraz rzadziej słyszy pytania o buty szyte na miarę. Ludzie nie zawsze zdają sobie sprawę ze znaczenia dobrego obuwia. Są jednak klienci, którzy przychodzą do zakładu od początku jego istnienia, a po nich ich dzieci i wnuki. Rozmawiają, zaprzyjaźniają się. Jedna z klientek przyszła w trakcie naszej rozmowy tylko po to, by przynieść świąteczny upominek.
Czy jest mu smutno, że nie będzie miał komu przekazać warsztatu? – Nie – odpowiada. – To ciężki i niewdzięczny kawałek chleba. Gdyby nie to, że pracuję u siebie i nie płacę czynszu, pewnie dawno bym przestał.
Jak mówi jego jedyna córka, Iwona Rodier, praca jest też sposobem na zagospodarowanie nadmiaru wolnego czasu. Pani Iwona mieszka z rodziną we Francji i przyjeżdża do Sochaczewa kilka razy w roku. Pan Józef od pewnego czasu jest wdowcem, większość przyjaciół już odeszła, a zajęcie w warsztacie pozwala wypełnić dzień czymś konstruktywnym.
– Ta praca to jego życie – mówi córka. – Kiedy mieliśmy jeszcze dom i ogródek, tata uprawiał warzywa, szczególnie udawały się pomidory. Hodował też różne odmiany drzew owocowych – to pozostałość dzieciństwa i umiejętności podpatrzone od dziadka.
W wolnym czasie pan Józef kibicuje polskim skoczkom narciarskim i ogląda ulubione teleturnieje, zwłaszcza „Jaka to melodia”. Przede wszystkim jednak żyje pracą i jest silnie związany z Sochaczewem. Choć córka próbowała namówić go na przeprowadzkę do Francji, wolał pozostać tutaj. „Zakł. Nr 1 Usługi Szewskie” wciąż jest czynny, a panu Józefowi pozostaje życzyć wielu lat w zdrowiu i pogodzie ducha.
Izabela Goryniak