Niech się święci 1 Maja (Kocham moją ulicę odc. 28)
W tym odcinku wracamy wspomnieniami do święta, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu gromadziło na ulicach miasta niemal wszystkich jego mieszkańców. Można powiedzieć, że były to dwa święta w jednym. Partyjne i to, które po zakończenia pochodu pierwszomajowego zaczynało się nad Bzurą.
Pierwszomajowe święto było obchodzone w Sochaczewie już za czasów zaborów i w okresie międzywojennym. Ale lata jego świetności rozpoczęły się wraz z wyniesieniem go do rangi święta państwowego i przypadały na okres od 1950 do końca lat 70. ubiegłego wieku. Samo święto, którego najważniejszym elementem był pochód, zaczynało się na długo przed jego rozpoczęciem. Poprzedzały je czyny społeczne i malowanie na biało ulicznych krawężników. Miasto było czyszczone „na błysk”. Przyszkolne tereny zielone dyrektorzy dzielili na sektory i każda klasa – pod czujnym okiem wychowawcy - musiała w swoim sektorze posprzątać, wygrabić liście, posadzić kwiaty. Starsi dostawali puszkę farby i malowali ogrodzenie. W dzień przed pochodem na ulicy Traugutta, a potem na ulicy 1 Maja ustawiano zbitą z desek trybunę. Drugą taką zawsze budowano na stadionie Orkana. Całą noc z 30 kwietnia na 1 maja trybuna była pilnie strzeżona przez milicjantów i aktywistów ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej).
To, że zbliża się Święto Pracy, dawało się wyczuć już kilka dni wcześniej. Zaopatrzenie w sklepach zaczynało się poprawiać, bo lud pracujący musiał w swoje święto dobrze zjeść i jeszcze lepiej wypić. W dnu 1 maja, od wczesnego rana, czynne były bodaj wszystkie sklepy spożywcze. Zamykano je jednak przed uformowaniem się pochodu, w którym czynny lub bierny udział brali niemal wszyscy mieszkańcy miasta, choć dziś pewnie wielu się do tego nie przyzna.
Tego dnia karnie zbierali się w swoich zakładach pracy czy szkołach, gdzie dostawali biało-czerwone lub czerwone szturmówki i czwórkami maszerowali na stadion Orkana. Potem następowały przemówienia i wymarsz.
Tuż za bramą stadionu, kiedy maszerujący znaleźli się na Warszawskiej, szeregi rozsuwały się na szerokość ulicy, wzdłuż której porządku pilnowali ormowcy, strażacy i milicjanci. Na niektórych odcinkach pochodu, na przykład na ulicy Traugutta, gapiów od pochodu odgradzały sznury przeciągnięte pomiędzy drzewami. Nie można było przechodzić na drugą stronę ulicy. W końcu pochód docierał do trybuny z partyjnymi bossami, by po jej minięciu, kilkanaście metrów dalej, rozwiązać się. Porzucone szturmówki zbierali szkolni aktywiści lub ci, którzy nawinęli się pod rękę nauczycielom.
Gdy tylko zakończył się oficjalny przemarsz, niemal wszyscy jego uczestnicy przenosili się na łąki nad Bzurą, gdzie trudno było znaleźć kawałek wolnego miejsca do rozłożenia koca i kosza z prowiantem. Nad rzeką lokowały się całe rodziny, które nadciągały tu z wałówką i trunkami.
Wieczorem zaczynały się potańcówki na pobliskiej, oświetlonej lampionami przystani. Była nie tylko muzyka, ale i bufet, w którym można było się posilić i uzupełnić poziom alkoholu we krwi. Bawiono się także na tak zwanych dechach przy stadionie Orkana (nieopodal sklepiku pani Rybkowej) - na zbitej z desek estradzie grywały sochaczewskie zespoły. O północy Święto Pracy dobiegało końca.
Pochód na ulicy 1 Maja w roku 1977. Zdjęcie z archiwum rodzinnego Marii Raczek
Pochód na ulicy Traugutta lata 60 ubiegłego wieku. Na drugim planie widać niezabudowaną działkę, na której stoi obecnie hotel Chopin. Zdjęcie z archiwum Tygodnika Sochaczewskiego
Pochód na ulicy 1 Maja - lata 70 XX wieku. Zdjęcie z archiwum Tygodnika Sochaczewskiego