Metoda „na wnuczka” stara jak świat
Informacje o osobach oszukanych metodą „na wnuczka”, „na policjanta” czy „na księdza” itp. pojawiają się w przestrzeni publicznej bardzo często. Nie jest to jednak wymysł naszych czasów. Przeglądając dawną prasę można natknąć się na liczne wzmianki o osobach, także z Sochaczewa i okolic, oszukanych przez wzbudzających zaufanie krętaczy podszywających się pod prawych obywateli.
O tym, że nie warto ufać ludziom tylko na podstawie ich przyjemnej powierzchowności, przekonał się boleśnie właściciel majątku ziemskiego Brochów – Andrzej Lasocki. 11 września 1937 r. ukazała się notatka prasowa z której wynikało, że gościł u siebie młodego, eleganckiego mężczyznę, który podawała się za Tomasza Kordowskiego. Człowiek ten zaproponował odkupienie od Lasockiego za gotówkę kilkunastu włók ziemi. Właściciel Brochowa przystał na tę propozycję. Rzekomy Kordowski był niezwykle rozmowny i towarzyski. Lasocki gościł go u siebie przez kilka dni, urządzając na jego cześć przyjęcia i polowania. Pewnego jednak dnia kandydat na ziemianina zniknął, a razem z nim ponad 5 000 zł należące do oszukanego dziedzica brochowskiego.
Ofiarą podobnych oszustów padła Sasza Klajn – kupcowa z Sochaczewa. 9 grudnia 1927 r. wybrała się na zakupy do Łodzi. Podczas przejścia z dworca fabrycznego w kierunku miasta nieznany młodzieniec zagadnął ją o trasę do ulicy Nowomiejskiej. Ponieważ Klajnowa udawała się w tamtym kierunku, młody człowiek w dalszą drogę ruszył razem z nią. Gdy oboje znaleźli się na ulicy Sienkiewicza, przed rogiem ulicy Narutowicza towarzysz kupcowej podniósł z ziemi paczkę, którą rzekomo przypadkiem znalazł. Pakunek ten przekazał Klajnowej do obejrzenia. W tym samym momencie do obojga podszedł inny mężczyzna i oświadczył, że paczka jest jego własnością. Zażądał jej natychmiastowego zwrotu. Kupcowa idąc za radą swego towarzysza oddała mu pakunek. Nie był to jednak koniec problemów Sochaczewianki. Przybysz domagał się jeszcze zwrotu 300 dolarów, które rzekomo zawierała paczka. Klajnowa z oburzeniem tłumaczyła nieznajomemu, że nie znalazła w pakunku żadnych pieniędzy. Na dowód swej niewinności pozwoliła zrewidować swoją torebkę. Konflikt zakończył się tak samo nagle, jak się rozpoczął. Jednocześnie zarówno przybysz, jak i jej przypadkowy znajomy zniknęli. Ukontentowana z obrotu sprawy Sochaczewianka dotarła do składu manufaktury, gdzie opowiedziała kupcowi o zdarzeniu. Gdy chciała jednak uregulować rachunek spostrzegła się, że padła ofiarą oszustów. Z torebki zniknęła jej gotówka w kwocie 500 złotych.
Więcej szczęścia miał Henryk Świerzyński – właściciel słynnego sochaczewskiego browaru, który w porę zorientował się w sytuacji. W 1911 r. otrzymał od nieznanego mu mężczyzny, niejakiego A. Jaffe, list z niecodzienną propozycją. Nadawca informował w nim Świerzyńskiego, że w Kijowie mieszka stary mnich, posiadający 2 miliony gotówką. Mnich ten miał żyć z jakąś kobietą, której nie darzył zaufaniem i dlatego poszukiwał porządnego człowieka, któremu mógłby pożyczyć milion rubli po 5 proc. Jaffe zapytywał właściciela browaru czy ten zgodziłby się przyjąć ową sumę pieniędzy. Wkrótce po tym Świerzyński otrzymał od Jaffego telegram ponaglający do szybszego podjęcia decyzji i przybycia do Kijowa do hotelu „Praga” przy ul. Włodzimierskiej. Świerzyński przeczuwając oszustwo, zawiadomił odpowiednie służby. Kijowska policja śledcza, podając się za Świerzyńskiego, wysłała do Jaffego, który swój adres podał w liście, telegram następującej treści: „Zgadzam się. Wyjeżdżam” i urządziła w hotelu „Praga” zasadzkę. Wkrótce do hotelu przybył rzekomy Jaffe którego aresztowano. Okazało się, że jest to niejaki L. Kamiński, który w czasie dochodzenia składał bardzo niejasne i sprzeczne zeznania.
Sebastian Tempczyk
MZSiPBnB