Farna 13 i jej mieszkańcy
Wracamy dzisiaj na bardzo starą część miasta u zbiegu ulic Farnej i Toruńskiej. Już w poprzednim odcinku pisaliśmy, że znajdując się w sąsiedztwie Placu Kościuszki i dawnego ratusza, mogłyby tworzyć sochaczewską starówkę. Do tego sąsiedztwo Poświętnego, miejsca, gdzie kiedyś ulokowały się klasztory i pierwszy kościół parafialny z cmentarzem sprawia, że mamy do czynienia z wyjątkowym obszarem.
Ulica Farna to najstarszy trakt komunikacyjny miasta, prowadzący kiedyś z miejskiego targowiska do kościoła farnego (stąd nazwa ulicy) na Poświętnem. A obecnie od ul. Staszica do Placu Kościuszki. Nie wiemy, czy o tym układzie urbanistycznym myślał budowniczy najstarszej kamienicy, jaka przetrwała do naszych czasów, czyli domu przy Farnej 13. Jak mówią historycy, powstała ona w połowie XIX w. na zlecenie rodziny Gajewskich. Jego spadkobiercy do niedawna byli także właścicielami kamienicy przy 1 Maja (naprzeciwko urzędu miejskiego).
Dom i ludzie
Wyjątkowość budynku polegała na tym, że został on wkopany w skarpę, frontem zwracając się ku rzece. Tam też znajdowały się schody i taras, a przed nimi podwórko. Kamienica ma barwną historię, choć patrząc na jej wygląd dzisiaj, nie widać szczęśliwego zakończenia tych 170 lat, które dźwiga. Budynek przechodził z rąk do rąk, podupadł po skomunalizowaniu w czasach PRL i trudno przypomnieć sobie jakiekolwiek znaczące remonty. Po roku dwutysięcznym dom wrócił do spadkobierców właścicieli, którzy po kilku latach sprzedali go prywatnemu inwestorowi, a z budynku wyprowadzili się ostatni lokatorzy. Został on także wpisany na listę zabytków województwa mazowieckiego, co oznacza, że wszelkie prace można wykonywać wyłącznie za zgodą konserwatora zabytków.
My jednak, zamiast problemami z odbudową, o czym była już wielokrotnie mowa, zajmiemy się ludźmi mieszkającymi w tym słynnym domu. A było ich naprawdę dużo. Za sprawą Barbary Sobkowicz, emerytowanej polonistki sochaczewskiego liceum i mieszkanki ul. Farnej, przypominamy niektórych.
- W domu przy Farnej 13, oprócz „zwykłych” lokatorów, mieszkały osoby znane i zasłużone dla miasta. Poczynając od czasów wojny, kiedy w mieszkaniu zajmowanym przez jednego z nauczycieli LO odbywały się tajne komplety. Wiem o tym ze wspomnień moich bliskich, ale nie znam nazwiska nauczyciela, bo o tym się głośno nie mówiło. Po wojnie natomiast ważnym lokatorem był doktor Ancerewicz, który miał mieszkanie i gabinet z wejściem od ul. Farnej. Później wyprowadził się do Komorowa pod Warszawą i był lekarzem Marii Dąbrowskiej. Pamiętam także panią Zofię Józefczykową, polonistkę z „Osiemdziesiątki”, zajmującą lokal po tej samej stronie budynku. Od podwórka mieszkała z kolei doktorowa Korzyńska, wdowa po lekarzu, higienistka w Szkole Podstawowej nr 1. Miała ładne mieszkanie z tarasem. Na piętrze ulokował się jakiś wojskowy, ale niewiele o nim wiem. Jeden z lokali zajmował także pan Szajewski z rodziną, zaangażowany w działalność partyjną. Pamiętam, że jego pasją było łowienie ryb w pobliskiej Bzurze. Rzeka była wtedy czysta, a ryby smaczne. Pan Szajewski dzielił się nimi z sąsiadami, moim rodzicom też czasem przynosił - opowiada Barbara Sobkowicz. - W suterenie kamienicy mieszkała stróżka, do której wchodziło się innym wejściem, niż do części dla lokatorów. Do jej obowiązków należało pilnowanie domu i sprzątanie.
Miłosierdzie zamieszkało na Farnej
Istotnym momentem w historii kamienicy było zamieszkanie w niej zakonnic ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paolo, powszechnie nazywanych szarytkami. Wtedy jeszcze zakonnice mogły pracować w szpitalach jako pielęgniarki, salowe czy w administracji placówek. W ciągu następnych lat nastawienie władz do zakonnic i całego Kościoła zaczęło się diametralnie zmieniać. Nie bacząc na dotychczasową oddaną pracę sióstr na rzecz pacjentów, zastępowano je świeckimi pielęgniarkami, usuwano z mieszkań przyszpitalnych, dyskryminowano płacowo.
W Sochaczewie szarytki wniosły ogromny wkład w zakładanie starego szpitala w pierwszych latach XX w., bez wytchnienia pracowały w czasie okupacji, sprawowały opiekę nad chorymi w latach powojennych. Jak czytamy na stronach internetowych Szpitala Powiatowego w Sochaczewie, siostry miłosierdzia pracowały w naszej lecznicy do połowy lat 60. XX w., czyli do chwili wydania przez władze partyjno-państwowe decyzji likwidującej możliwość posługiwania sióstr zakonnych w szpitalach. Pierwszym sygnałem było wymówienie im przyszpitalnych mieszkań.
- Kiedy w latach 50. XX w. wyprowadził się doktor Ancerewicz, jego mieszkanie i gabinet zajęły siostry szarytki. Wtedy nosiły jeszcze wysokie białe kornety przypominające skrzydła, dzięki którym dzieciaki z naszej ulicy rozpoznawały je z daleka. Często czekaliśmy na nie, aż późno wieczorem będą wracać ze szpitala i odprowadzaliśmy je pod same drzwi, przy których rósł piękny kasztan. Drzewo stoi tam do dziś – opowiada Barbara Sobkowicz i przypomina sobie, że na początku sióstr było około dziesięciu, później, kiedy zakazano im pracy w szpitalu, ich liczba się zmniejszyła.
- Pamiętam przełożoną, siostrę Marię Fułek, siostry Jadwigę, Stanisławę, Rozalię i przyjeżdżającą często do nich siostrę Różę, z którą byłam bardzo zżyta. I tu przypomina mi się zabawna historia z nią związana. Otóż siostra Róża uwielbiała słodycze, więc podczas naszych częstych spacerów na cmentarz, zahaczałyśmy o stojącego na Staszica i ubranego na biało lodziarza z wózkiem–lodówką. Siostra Róża dawała mi pieniądze na dwa lody, bo jej jako zakonnicy nie wypadało tego robić. Co więcej, jej loda niosłam aż do cmentarza i dopiero wtedy, kiedy nikt nie patrzył, mogła go w spokoju zjeść.
Z kamienicy przy Farnej mniszki przeprowadziły się do domu przy ul. Staszica, za pomnikiem Krzywoustego. Po odejściu ze szpitala pełniły różne funkcje przy parafii św. Wawrzyńca – uczyły religii, opiekowały się biednymi i samotnymi osobami, prowadziły bibliotekę parafialną. Nasza rozmówczyni miała w tym zajęciu swój udział. Jako nastolatka chętnie pomagała w bibliotece, która w tamtych czasach była często odwiedzana. Profesor Sobkowicz dodaje, że obecność zakonnic w Sochaczewie dodawała miastu splendoru, ich widok na ulicach rozjaśniał szarą rzeczywistość, sprawiał, że czuliśmy się lepsi, bardziej wartościowi od mieszkańców miast, w których sióstr nie było.
Świadkowie zniszczenia
Wróćmy jednak do naszej kamienicy.
- Jak już wspominałam, lokatorzy się często zmieniali i nie wszystkich znałam. Wiem, że przez kilka lat na piętrze mieszkał policjant z rodziną, przyzwoity człowiek, który pomagał innym. Pamiętam także rodzinę państwa Adamiaków mieszkających od strony podwórka. Pani Adamiakowa była życzliwą i pomocną osobą. Czasami, kiedy wyjeżdżaliśmy z mężem na dłużej, prosiłam ją o opiekę nad naszym, stojącym vis a vis domem i nigdy mi nie odmówiła. I jeszcze jedna rzecz, która mi utkwiła w pamięci, to mały ogródek warzywny założony przez lokatorów na części podwórka. Wtedy to była zżyta społeczność, ludzie sobie pomagali, spotykali się przed domem, rozmawiali, dzieci się razem bawiły – wspomina Barbara Sobkowicz.
Później kamienica zaczęła coraz bardziej podupadać, a na koniec, po wyprowadzce ostatnich lokatorów, stała się miejscem schronienia dla bezdomnych i ludzi z marginesu. Urządzano tam alkoholowe ekscesy, dochodziło do bójek, wybuchały pożary. Obecny właściciel zabezpieczył okna, ogrodził teren, ale dobre czasy kamienicy Farna 13 odeszły w zapomnienie. Posesję porasta dzika roślinność, mury się sypią, a dom jakby zapadł się w siebie.
Dlatego pokazujemy, jak mogłoby wyglądać to miejsce, gdyby je odbudowano. Tak zrewitalizowaną kamienicę widzą studenci Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Ich prace zaprezentowano w kwietniu 2019 r. w kramnicach miejskich na wystawie pokonkursowej dotyczącej zagospodarowania Farnej 13. Do tego zakątka miasta jeszcze wrócimy w kolejnych wydaniach gazety.
Jolanta Śmielak-Sosnowska