Nasze rozmowy

A A A

Przewodniczący Rady Miejskiej w latach 1990-1994

Paweł Gralak

Przewodniczył pierwszej radzie miejskiej, którą powołano tuż po transformacji ustrojowej. Ówczesna rada budowała w Sochaczewie zręby demokracji, mierząc się z problemami, które wydają się teraz nie do pomyślenia.

Kiedy wspomina Pan to, co działo się trzy dekady temu, jaka jest pierwsza myśl?

Trafiliśmy na wyjątkowy czas i tworzyliśmy historię. Trzydzieści lat temu w Sochaczewie, jak i w całej Polsce, odbyły się pierwsze demokratyczne wybory władz lokalnych, a poprzedził je rok ustrojowych zmian w całym kraju. Niewątpliwie, upodmiotowienie lokalnych społeczności, stworzenie nowego samorządu szczebla podstawowego było jednym z najważniejszych dokonań Sejmu Kontraktowego z 1989 roku. Siłą sprawczą zmian przełomu dekad był ruch „Solidarności”, który nie zaprzestał politycznej aktywności. W Sochaczewie już na początku 1990 roku uaktywnił się na nowo stworzony rok wcześniej Komitet Wyborczy NSZZ „Solidarność”. Celem jego działalności było ubieganie się o miejsca w nowej radzie miejskiej.

 

Kto nim zarządzał?

Komitet działał pod przewodnictwem Andrzeja Seniuka, a w jego skład wchodzili m.in. Maria Gołkowska, Hanna Król, Aleksandra Szymaniak, Juliusz Hugo-Bader, Wojciech Repsz, Andrzej Adamczyk. Wymieniam ich nieprzypadkowo, choć działało jeszcze wielu innych, bo tych osób nie ma już z nami, a każda z nich była autorytetem w swojej lokalnej społeczności, środowisku zawodowym i my, sochaczewianie, jesteśmy winni im pamięć. Wybory wyznaczono na 28 maja 1990 roku. Rada miejska miała liczyć 28 osób wybieranych w okręgach jednomandatowych. Komitet Wyborczy NSZZ „Solidarność” miał bardzo otwarty charakter – tworzyli go zarówno związkowcy, jak i pozostający poza związkiem.

 

Co było wspólnym mianownikiem dla tych ludzi?

Wszystkich łączyły idee demokracji, wolnych wyborów i właśnie „Solidarności”. Listę kandydatów, którzy mieli startować w wyborach, miały wyłonić wewnętrzne prawybory. Swój akces zgłosiło ponad 40 osób. W kwietniu 1990 roku, w sali domu kultury przy ul. Żeromskiego, pretendenci przedstawiali swój pogląd na samorząd i własny w nim udział. Spotkanie miało otwarty charakter i spotkało się dużym zainteresowaniem. Z sali padały liczne pytania. W końcu około 150 zebranych osób w tajnym głosowaniu wybrało reprezentację „Solidarności” do startu w wyborach samorządowych. Do majowych wyborów przystąpiły też inne komitety, jednak najliczniejsza grupę stanowili kandydaci indywidualni, którzy zebrali odpowiednią liczbę podpisów popierających ich osób.

 

Jak promowaliście swoich ludzi, żeby to oni stanowili większość w nowej radzie?

Kampania wyborcza niczym nie przypominała obecnych – po prostu jej nie było. Tylko nasz KW NSZZ „Solidarność” wydał liczącą cztery strony broszurę prezentująca swych kandydatów. W każdym z okręgów startowało średnio po trzech kandydatów. Po dwóch dniach ogłoszono wyniki. „Solidarność” wygrała w stosunku 27:1. Jeden mandat przypadł osobie zgłoszonej przez „Solidarność”, która kilka dni przed wyborami opuściła jej barwy. Na zmianę było już za późno.

 

Jak wyglądały pierwsze obrady?

Rada Miejska zebrała się pierwszy raz w połowie czerwca. Obrady rozpoczął jej najstarszy członek, doktor Jerzy Krzemiński. Odebrał przysięgę od radnych i przeprowadził wybór trzyosobowego prezydium rady, w którym znalazłem się ja, jako przewodniczący oraz Agnieszka Tomaszewska i Marek Gołkowski. Uroczysty nastrój pogorszył się po wystąpieniu ustępującego burmistrza Jacka Andrzejewskiego, który poinformował o stanie budżetu. Okazało się, że budżet na rok 1990 został już wykonany w kwietniu.

 

Czy zdawaliście sobie sprawę, w jakim stanie przejmujecie miasto? Jaka jest skala problemów?

Nie mieliśmy takiej wiedzy. Startowaliśmy od totalnego zera – bez pieniędzy, bez statutu, bez władz wykonawczych. Podstawą działania było stosowanie wprost ustawy o samorządzie terytorialnym. Wprowadzała ona nowe zasady finansowania gmin, a to oznaczało, że od drugiego półrocza nie trzeba było już wisieć u klamki wojewody i prosić o pieniądze.

 

Co było dla solidarnościowych radnych największą motywacją do pracy?

Zmiana ustroju. Wierzyliśmy w demokrację i wolność słowa. Ponieważ zależało nam na tym, by każdy mógł się swobodnie wypowiedzieć, obrady trwały nierzadko po kilkanaście godzin. Wówczas mocno wierzyłem, że demokracja będzie się pogłębiać, schodzić na niższe szczeble. Miałem nadzieję, że większą rolę zaczną odgrywać rady dzielnic i osiedli.

 

W tym czasie kompetencje rady były nieporównywalnie większe niż obecnie.

To prawda, rada wybierała burmistrza i jego zastępców, desygnowała do zarządu miasta czterech swoich przedstawicieli. Druga sesja, wyznaczona dwa tygodnie po pierwszej, miała zadecydować o obsadzeniu stanowiska burmistrza. Ogłoszono otwarty konkurs. Zgłosiło się, o ile mnie pamięć nie myli, trzech kandydatów. Przesłuchania rozpoczęto na nieformalnym zebraniu, a dokończono na drugiej sesji. Pierwszym burmistrzem odnowionego samorządu został Grzegorz Rosiak, który po tygodniu zaproponował radzie swoich zastępców. Przyjęliśmy kandydatury Lucyny Michejdy i Mieczysława Kucińskiego. Ponadto ze swojego grona wybraliśmy czterech nieetatowych członków Zarządu Miasta. Zostali nimi Janusz Chodakowski, Józef Kopala, Krzysztof Wasiak i Jan Wasilewski. Tak więc w połowie lipca władze samorządowe Sochaczewa były w komplecie.

 

Jak można było podejmować decyzje nie mając statutu czy regulaminu pracy rady?

Prace nad tymi dokumentami trwały od samego początku, od pierwszej sesji, a tworzeniem ram prawa miejscowego zajęła się speckomisja pod kierownictwem Kazimierza Orzechowskiego. Na początku sierpnia przedstawiała projekty statutu miasta, regulaminu prac rady, schematy organizacyjne jednostek samorządowych. Tworząc je opierano się głównie na ustawie o samorządzie terytorialnym. Dużym wsparciem był też specjalny periodyk dla samorządowców, który zaczął się wtedy ukazywać. Znaleźć można było w nim wiele przydatnych informacji. W końcu projekty przedstawiono radnym. Wielogodzinne obrady zakończyły się przyjęciem tych dokumentów i wtedy dopiero można powiedzieć o początku nowego samorządu w Sochaczewie.

***

Burmistrz Sochaczewa w latach 2002-2010

Bogumił Czubacki

Od ponad dwóch dekad nieprzerwanie związany z sochaczewskim samorządem, radny miasta i powiatu, Bogumił Czubacki opowiada po co wszedł do polityki, o swych największych wyzwaniach, gdy pełnił urząd burmistrza, sukcesach dwóch kadencji z lat 2002-2010 oraz spadku, jaki zostawił następcy.

 

- Po co przedsiębiorca, właściciel dobrze prosperującego radia i gazety, wchodzi do polityki?

Głównie to obecność w mediach spowodowała moje zainteresowanie życiem publicznym oraz to, że miałem jeszcze świeżo w pamięci, po dziesięcioletnim pobycie za granicą,  jak wygląda życie poza Polską i jak można zarządzać miastem. W 1998 roku namówiono mnie do startu do rady powiatu i mimo skromnej kampanii uzyskałem mandat z dużym poparciem. Cztery lata później środowisko PO szukało kandydata na burmistrza, a warto przypomnieć, że to były pierwsze wybory w których to mieszkańcy wybierali burmistrza, a nie rada. Zdecydowałem się wystartować, ale pod własnym, a nie partyjnym szyldem, z lokalnego komitetu, jedynie z poparciem Platformy Obywatelskiej.

 

- Będąc burmistrzem przez dwie kadencje nie miał Pan większości w radzie miasta. Jak Pan sobie radził?

Próbowałem zbudować koalicję, ale niestety stawiane warunki były zbyt wygórowane. Ale mimo to udało się przeprowadzić kilka bardzo ważnych projektów, zmieniających miasto na lata. W dużej mierze zawdzięczam to pracownikom urzędu, na czele z wiceburmistrzami, którzy mocno mnie wspierali. Udało się rozbudować „czwórkę”, poprawić wizerunek centrum - plac Kościuszki, plac św. Dominika i kilka głównych ulic - Farną, Senatorską oraz targowisko przy ul. Pokoju i ogródek jordanowski. Udało się też przekonać radnych do bezpłatnego przekazania policji działki pod budowę nowej komendy. Oczywiście nie zawsze było łatwo, niekiedy na sesjach przez długie godziny przekonywaliśmy opozycję do konkretnych pomysłów, ale było warto.

 

- Czas pokazał, że spośród wszystkich zadań, nad jakimi pracował Pan przez osiem lat urzędowania w ratuszu, najważniejsza była kanalizacja sanitarna.

- Nie mogło być inaczej, bo w latach 90. skanalizowane było tylko ścisłe centrum miasta. Po wejściu Polski do UE pojawiła się szansa na pozyskanie wielomilionowej dotacji na niemal stuprocentowe skanalizowanie Sochaczewa. Natychmiast podjęliśmy decyzję, że idziemy w tym kierunku, bo już wówczas planowaliśmy szeroką akcję asfaltowania ulic. Przygotowaliśmy dokumentację, studia wykonalności, zdobyliśmy pieniądze i wszelkie pozwolenia. Swojemu następcy zostawiłem plan ułożenia sanitarki m.in. w Chodakowie, na Wypalenisku, za wiaduktem kolejowym i osiedlach za Bzurą oraz przetargi na wykonawstwo i budowę kolejnych  odcinków sieci.

 

- Inne wielkie wyzwanie?

- Wzięcie odpowiedzialności za oświatę i wychowanie. Samorząd przejął od państwa mocno zniszczone budynki, wybudowane w starych technologiach, drogie w eksploatacji. Jestem dumny z tego, jak przez te trzy dekady była i jest traktowana oświata. Od 1990 roku powstały sale gimnastyczne przy szkołach nr 1, 3, 4 i 6, a czytam teraz w prasie zapowiedzi, że lada chwila rusza budowa sali przy „dwójce”. Moje dwie kadencje w ratuszu to także termomodernizacje przedszkoli nr 1, 3, 4 i 7, szkół nr 2, 3, 4 i 6. No i udało się zlikwidować tzw. „małą czwórkę” przy ul. Niemcewicza. To była wieczna prowizorka, która podobno miała służyć rok czy dwa lata, a stała 23 lata. Co więcej, udało się rozbudować gmach główny Szkoły Podstawowej Nr 4, a uczniowie klas I-III wreszcie zaczęli uczyć się w normalnych warunkach. To była przełomowa chwila. Podobnie w sporcie młodzieżowym przecieraliśmy nieznane dotąd szlaki. Powstał skate park i sztuczne mrożone lodowisko, w Chodakowie pierwsze boisko ze sztuczną trawą a przy Szkole Podstawowej nr 6 „Orlik 2012”.

 

- Dla środowiska ludzi sztuki chyba najważniejsze było utworzenie trzeciego domu kultury.

- I po latach widać, że była to słuszna decyzja. Dawny Zakładowy Dom Kultury w Boryszewie wykorzystywała Szkoła Podstawowa nr 2, ale gdy nadszedł niż demograficzny Pani dyrektor Celeda uznała, że utrzymywanie dwóch obiektów mija się z celem. Stanęliśmy przed dylematem, co zrobić z ZDK-iem. Pamiętam kiedy ta placówka doskonale służyła mieszkańcom Boryszewa i dlatego zdecydowaliśmy, że ponownie ma służyć kulturze. Jeśli chodzi o inne instytucje, to myślę, że też nie miały powodu do narzekań. Zapadła przecież decyzja o remoncie kramnic i przeznaczeniu całego piętra dla Miejskiej Biblioteki Publicznej. Ja zdobyłem pieniądze, a dalej kontynuował i prace budowlane przeprowadził burmistrz Osiecki. Jeśli chodzi o Chodaków, to ośrodek kultury przeszedł gruntowny remont, przede wszystkim sali widowiskowej. To była pierwsza sala w mieście wyposażona w klimatyzację.

 

- Gdy pierwszy raz walczył Pan o fotel burmistrza, miasto żyło likwidacją Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej. W gospodarce komunalnej nie działo się dobrze…

- Miałem tego świadomość, choć skala problemów nieco mnie zaskoczyła. PGKiM próbowano ratować przekształcając w Zakład Usług Komunalnych, potem dawny moloch podzielono na mniejsze, samodzielne zakłady Gospodarki Mieszkaniowej, Komunikacji Miejskiej, Usług Pogrzebowych oraz spółkę odpowiedzialną za dostarczanie wody i odbiór ścieków. Słusznie uznano, że łatwiej zarządzać mniejszym, wyspecjalizowanym zakładem, trudniej gigantem. Problemy dawnego ZUK-u rozwiązywaliśmy dobre kilka lat.

 

- Okres Pana rządów w ratuszu to czas niezwykłego rozwoju internetu, wolnego słowa, z którego bardzo chętnie korzystali krytycy. Zarzucali przede wszystkim, że zamiast budować drogi zbiera Pan dyplomy za miejsca w rankingach.

- Krytyka była, jest i będzie, to sól demokracji. Fakt, startowaliśmy w rankingach, ale po to, by pokazać sochaczewianom, że mają powody do dumy, że nie jesteśmy gorsi od takich liderów samorządności jak Mszczonów czy Grodzisk. Nasz ratusz zdobył Mazowiecką Nagrodę Jakości, tytuły Super Gminy, zwyciężyliśmy w konkursie Samorządowy Lider Zarządzania. Nadal jesteśmy bardzo wysoko notowani w rankingu Związku Powiatów Polskich. A mówiąc o sukcesach samorządu chciałbym zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz, nieco przemilczaną, czyli rolę mediów w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. „Ziemia Sochaczewska” jest z mieszkańcami od 30 lat, a Radio Fama – obecnie Radio Sochaczew od 27 lat. Czy wyobrażamy sobie miasto bez tych dwóch mediów?

 

- Czy był jakiś duży projekt, który chciał Pan przeprowadzić, ale się nie udało? 

- Tak, asfaltowanie dróg lokalnych, coś na wzór akcji Piotra Osieckiego „Drogi zamiast błota”. Nie można było tego wówczas zrobić, bo najpierw należało ułożyć kanalizację deszczową i sanitarną. Wielu mieszkańców domagało się asfaltu w ulicach, które w naszych planach były już zakwalifikowane pod budowę sieci sanitarnej i niestety musieliśmy im odmawiać.

 

- Wszyscy nasi rozmówcy podsumowujący minione 30 lat pracy samorządu są zgodni, że nie zmarnowaliśmy tego czasu. Pan także?

- Oczywiście, bo zmiany są widoczne na każdej płaszczyźnie i naprawdę trudno jest sobie wyobrazić Polskę i naszą małą ojczyznę bez reformy administracyjnej z 1990 roku. Była wielkim osiągnięciem, z którego wszyscy możemy być dumni. Samorząd przejął od państwa ogromną ilość zadań i udźwignął ten ciężar. To co zrobiły samorządy, to jedna z najważniejszych rzeczy jakie wydarzyły się w toku reformowania kraju. Każdy dokonując przeglądu wydarzeń ostatnich 30 lat powie, że Sochaczew nie spoczął na laurach. Cieszę się, że obecny burmistrz utrzymuje dynamikę rozwojową i jest dobrym włodarzem miasta.

Bogumił Czubacki z samorządem związany jest od ponad dwóch dekad, zaczynając od rady powiatu jako radny i członek zarządu w latach 1998–2002. w latach 2002-2010 pełnił funkcję burmistrza miasta. W kolejnych latach 2010-2014 był radnym w radzie miasta, a w latach 2014-2018 wrócił do powiatu pełniąc funkcję radnego. W obecnej kadencji ponownie został radnym powiatowym i zarazem członkiem zarządu.

 *** 

Przewodnicząca Rady Miejskiej w latach 2006-2010

Danuta Radzanowska

Piąta kadencja Rady Miejskiej przypadła na okres zdobywania środków z perspektywy unijnej lat 2007-2013. Nasz samorząd odważnie zaczął sięgać po pieniądze przeznaczone na rozwój regionalny i obszarów miejskich. Pracowite cztery lata zaowocowały m.in. inwestycjami drogowymi, w oświatę i ochronę środowiska.

Była pani pierwszą kobietą, która przewodniczyła sochaczewskiej radzie.

Dokładnie. Byłam bardzo szczęśliwa, że powierzono mi tę funkcję. Od lat działałam społecznie i w samorządzie, więc uważałam, że było to ukoronowanie mojej pracy.

Jak ocenia pani czas, kiedy pełniła funkcję przewodniczącej?

Nasza kadencja była jednocześnie i wyjątkowa, i trudna. Podjęliśmy się bardzo wielu zadań, z których musieliśmy się wywiązać. Czuliśmy presję, by przeprowadzić wszystkie przedsięwzięcia oraz inwestycje i nie zawieźć naszych wyborców. Dodatkowo na jej przebiegu zaważyły też stosunki interpersonalne wśród rady. Zawsze powtarzam, że jestem człowiekiem „Solidarności” (Danuta Radzanowska jest od 1992 roku jest przewodniczącą sochaczewskiego oddziału NSZZ „Solidarność” – przyp. red.). Uważam, że każdy, niezależnie od przynależności politycznej, powinien mieć możliwość wypowiedzenia się. Przyznaję jednak, że byłam czasem zbyt pobłażliwa i szło to za daleko. Sesje przeciągały się, co było wyczerpujące dla radnych, jak i urzędników, którzy musieli brać w nich udział.

Konflikty i tarcia pojawiły się od razu?

Nie, na początku działaliśmy zgodnie. Relacje miedzy nami były poprawne.  Jednak już w połowie kadencji niektórzy rozpoczęli prowadzenie kampanii wyborczej. Pojawiły się polityczne podziały. Pewnie gdyby sporów było mniej, udałoby nam się zrobić jeszcze więcej. Pamiętam, że ta sytuacja była dla mnie bardzo trudna. Teraz, po latach, pamiętam jednak głównie dobre rzeczy, bo tych było zdecydowanie więcej. Cieszę się, że jako radni mogliśmy zapisać się w historii Sochaczewa.

Które z zadań uważa pani za najważniejsze?

Jednym z nich było z pewnością skanalizowanie Sochaczewa. Unia Europejska wymagała objęcia miasta siecią sanitarną. Dzięki pracownikom ratusza, którzy dołożyli wszelkich starań, by nasz wniosek o dofinansowanie został zaakceptowany, zdobyliśmy ponad 50 mln dotacji. Dzięki decyzjom ówczesnych radnych w kolejnych latach powstało 90 km kanalizacji, a dostęp do niej zyskało ponad 11 tysięcy osób. Najważniejsze odcinki ułożono w centrum miasta, Rozlazłowie, Karwowie, w Chodakowie i na Wypalenisku. Wcześniej za ponad 6 mln trzeba było rozbudować i unowocześnić oczyszczalnię ścieków. To był skok cywilizacyjny.

W tamtym czasie temat ten wzbudzał wiele emocji. Ludzie bali się drastycznych podwyżek cen wody i ścieków.

Wiadomo, że każdy radny chciałby podejmować jedynie takie decyzje, które w żaden sposób nie dotkną mieszkańców. Ta wiązała się z niezadowoleniem części sochaczewian. W tym przypadku jednak, gdybyśmy nie zbudowali kanalizacji, nie dość że płacilibyśmy kary za jej brak, to jeszcze musielibyśmy sami sfinansować inwestycję. Teraz widzimy, że zmieniła się ludzka świadomość. Zachowania takie jak spuszczanie ścieków do rzeki czy deszczówki są piętnowane. Kiedyś niby wszystkim to przeszkadzało, ale nikt tego nie zgłaszał.

Piąta kadencja to również czas, w którym zaczęło zmieniać się centrum Sochaczewa.

Nowy wygląd placu Kościuszki, ulicy Traugutta, Warszawskiej, targowiska miejskiego – to były pierwsze kroki do „odświeżenia” miasta. Sporo uwagi poświęcaliśmy koncepcjom tego, jak dalej mogłoby się ono zmieniać. Poczuliśmy, że odważniej możemy myśleć o przyszłości. Pojawiały się wizje zagospodarowania podzamcza, terenów nad Bzurą, rewitalizacji zamku. Myśleliśmy o polach czerwonkowskich, jako miejscu pod zabudowę wielorodzinną. Wtedy to wszystko było finansowo poza naszym zasięgiem, ale, jak widać, burmistrz Piotr Osiecki nie poprzestał na projektach. Już niebawem to wszystko stanie się rzeczywistością. Bardzo podoba mi się kierunek, w którym zmierza nasze miasto.

Podobnie jak radni innych kadencji inwestowaliście również w oświatę i sport.

Korzystaliśmy ze słynnego programu budowy boisk, dzięki któremu Sochaczew ma swojego „Orlika” i obiekt z programu „Blisko boisko”. Wyremontowaliśmy salę gimnastyczną przy Szkole Podstawowej nr 3. Udało się w końcu zabrać dzieci z tzw. małej czwórki na osiedlu Żeromskiego. Budynek ten od początku pomyślany był jako przejściowy, lata mijały, a prowizorka trwała. Dzięki rozbudowie Szkoły Podstawowej nr 4 o dodatkowe skrzydło pomieścić mogły się w niej również dzieci z najmłodszych klas. Zmodernizowaliśmy również kinoteatr w Chodakowie, w mieście pojawiało się nowe oświetlenie, utwardzaliśmy tłuczniem drogi, sporo uwagi poświęcaliśmy sprawom mieszkaniowym.

A te zawsze były tematem trudnym.

Nie ma chyba miasta w Polsce, w którym problem mieszkań by nie istniał. Zmagała się z nim głównie komisja mieszkaniowa. W Sochaczewie pojawił się tzw. bank zamiany mieszkań, a to znaczne wsparcie dla tych, którzy nie radzą sobie z utrzymaniem lokalu i tych, którzy chcą polepszyć sobie warunki. W czasie piątej kadencji udało się też wyremontować budynek komunalny przy ul. Towarowej.

Mija właśnie 30 lat od powstania samorządu terytorialnego. Jak ocenia pani te trzy dekady w Sochaczewie.

Nie potrafię być obiektywna. Jestem sochaczewianką z urodzenia, dzieciństwo spędziłam przy ul. Staszica, którą pokrywały wtedy kocie łby, a dla mnie była najpiękniejsza. Zawsze nasze miasto mi się podobało i patrzyłam na nie z sentymentem, nawet gdy inni zarzucali mu brzydotę. Myślę jednak, że wykonaliśmy prawdziwy skok dziejowy. Cały czas u nas coś się dzieje – i pod kątem wydarzeń kulturalnych, jak i inwestycji. Od miasteczka, które dla ludzi było nijakie, staliśmy się Sochaczewem leżącym w okręgu metropolitarnym Warszawy, miastem przez duże „M”. Jesteśmy miastem z basenem, lodowiskiem, pięknym stadionem. Mamy obwodnicę, doprowadzony gaz sieciowy, przebudowane wszystkie główne drogi, a od 2006 roku, gdy powstała pierwsza ścieżka rowerowa – kilometry tras dla jednośladów. Nie zmarnowaliśmy tego czasu.

***

Przewodniczący Rady Miejskiej w latach 2014-

Sylwester Kaczmarek

Przez 30 lat sochaczewskiego samorządu były tylko dwie osoby, które pełniły funkcję przewodniczącego rady dwie kadencje z rzędu. W tym właśnie Sylwester Kaczmarek. 

Dużo zmieniło się w ostatnich latach. Chyba zgodzimy się, ze Sochaczew wyszedł z etapu, w którym wyzwaniem było odnowienie odcinka drogi. Teraz pojawiają się coraz śmielsze inwestycje.

Zmiany, które możemy obserwować w ostatnim czasie, mam na myśli kadencje rady już od 2010 roku, wynikają z faktu, że pierwszym celem jaki sobie postawiliśmy była poprawa infrastruktury miasta. Trudno dziś w to uwierzyć, ale jeszcze dziesięć lat temu 70% dróg w mieście było nieutwardzonych. Na poprawę tego stanu ogromny wpływ miał autorski program burmistrza Piotra Osieckiego „Drogi Zamiast Błota”. Dzięki jego realizacji standard życia w Sochaczewie bardzo się poprawił. Już prawie nikt nie pamięta, jak to było brnąć po kolana w błocie, szczególnie przy okazji wiosennych roztopów, kiedy zgłaszane były interwencje mieszkańców niebędących w stanie wyjechać z posesji. To naturalne, że kiedy udało nam się opanować już sprawy tak podstawowe, jak ciągi komunikacyjne, przyszedł czas na inwestycje wyższego rzędu.  

Jakiś przykład takich inwestycji?

Nowa przystań nad Bzurą z bulwarami. Stadion miejski. Tereny rekreacyjne nad Utratą. W trakcie budowy jest nowy amfiteatr. Zresztą nie ma już dzielnicy, w której nie pojawiłaby się nowa infrastruktura. Czy to park, czy siłownia zewnętrzna albo plac zabaw. Wszystko dzięki dobrej współpracy rady z władzami miasta, a także samorządem powiatowym. Efekty widać choćby w docierających do mnie głosach mieszkańców. Dzielą się oni na przykład anegdotami o tym, jak po dłuższej nieobecności odwiedzili ich dalecy krewni i nie mogli uwierzyć, że Sochaczew tak pozytywnie się zmienił. Chcemy utrzymać taką linię zarządzania, żeby nasze miasto rosło i piękniało.

Ten wzrost to chyba nie tylko miejskie inwestycje w infrastrukturę?

Poprawa infrastruktury pociągnęła za sobą taki efekt, że coraz więcej osób chce się w Sochaczewie osiedlić. Widać to na przykładzie ostatnich inwestycji budowlanych. Powstaje coraz więcej mieszkań, które bardzo szybko znajdują nabywców.

W jaki sposób udało się tak trafić w potrzeby mieszkańców miasta?

Ogromne znaczenie miało uruchomienie Sochaczewskiego Budżetu Obywatelskiego. Wyszliśmy z założenia, że sami sochaczewianie wiedzą najlepiej, co jest im najbardziej potrzebne i to się sprawdziło. Przyjemnie było patrzeć, jak z każdym rokiem SBO cieszył się coraz większym zainteresowaniem. Mieszkańcy stawali się coraz aktywniejsi, nie tylko w glosowaniu. Coraz śmielej zgłaszali bardzo ciekawe projekty. Dzięki tej ogromnej mobilizacji mamy teraz w Sochaczewie tradycję kina letniego, pojawiły się siłownie zewnętrzne, nie trzeba jechać do Ciechocinka, żeby skorzystać ze zdrowotnych właściwości tężni. Powstała plaża miejska, boiska, czy park linowy.

W ostatnich sześciu latach pojawiły się też duże plany inwestycyjne.

Zgadza się, chociażby geotermia i budowa mostu. Inicjatywa budowy nowej przeprawy przez Bzurę jest świetnym przykładem na konstruktywną współpracę. Spina trzy samorządy. Jej ambasadorem po stronie rządowej jest pochodzący z Sochaczewa minister Maciej Małecki. Byłem na kilku spotkaniach związanych z tą inwestycją. Strona rządowa odnosi się do tego przedsięwzięcia bardzo pozytywnie. Zapewnia też o dofinansowaniu na poziomie minimum 80%. Jesteśmy na etapie wyłaniania w drodze przetargu biura, które przygotuje dokumentację budowlaną. Na jej podstawie podjęte zostaną działania zmierzające do zabezpieczenia gruntów. Pozostanie tylko udokumentowanie wpływu tego przedsięwzięcia na środowisko, a potem, jak to mówią, „pójdzie z górki”. Jestem przekonany, że będzie to jedna z tych inwestycji, co do których, jak już powstanie, ciężko będzie sobie wyobrazić, że można było bez niej normalnie funkcjonować. Ten most upłynni ruch w mieście. Sprawi, że mieszkańcy rejonu Trojanowa i Viktorii nie będą musieli jechać do centrum, żeby przedostać się na drugą stronę Bzury, skróci drogę z i do szpitala. Poprawi też skomunikowanie okolicznych gmin, szczególnie gminy Sochaczew.

Kiedy sześć lat temu obejmował pan stanowisko przewodniczego rady, działo się to w sprzyjających warunkach. Już od kadencji miastem zarządzała sprawdzona koalicja. Czy przez te sześć lat, mimo wszystko zdarzyły się jakieś trudne momenty?

Do głowy przychodzi mi tylko schronisko miejskie, gdzie kryzys pojawił się z uwagi na decyzję innego samorządu. Pamiętam, że zarówno burmistrzowi, jak i nam radnym bardzo zależało, żeby zapewnić zwierzętom godne warunki. Długo szukaliśmy działki, która mogłaby zostać przeznaczona na schronisko w granicach naszej administracji. Ostatecznie świetnym rozwiązaniem okazało się powierzenie sochaczewskich bezdomnych zwierzaków schronisku w Płocku. Poza tą sytuacją Sochaczew rozwija się obecnie planowo. Na przykładzie naszego samorządu widać, że powiedzenie „zgoda buduje”, to nie tylko pusty slogan. Zdajemy sobie przy tym sprawę jaka odpowiedzialność na nas spoczywa. To radni decydują jak wydatkowane będą pieniądze, co zostanie zbudowane, a co nie. Gdybyśmy trwonili czas na spory i politykowanie odbijałoby się to ze szkodą dla mieszkańców. Dlatego prowadząc obrady staram się nie dopuszczać, żeby pojedynczy radni wszczynali jakieś niepotrzebne dyskusje. Nie jest to szczególnie trudne z uwagi na kształt rady. A to wynik roztropności samych sochaczewian, którzy w wyborach wybrali w większości ludzi rozumiejących jak działa samorząd. Osoby które weszły do koalicji rozumieją potrzeby miasta. Nie boją się inwestycji, których dofinansowanie wynosi od 50 do nawet 80 procent. W takich przypadkach nie znalezienie środków na wkład własny byłoby marnotrawstwem. Sochaczew ma też to szczęście, że przez ostatnie dziesięć lat pracą urzędu kieruje dobry gospodarz, burmistrz Piotr Osiecki. Wyniki ostatnich wyborów samorządowych jasno wskazują, że to nie tylko moja opinia.

Co uznałby pan za największy sukces samorządu od kiedy zasiada pan w fotelu przewodniczącego rady?

Wypracowanie dobrej współpracy z innymi samorządami. Wiele osób na pewno pamięta, jakie przed 2014 rokiem były problemy z naprawą powiatowych ulic biegnących w granicach miasta. Poprzednie władze powiatu rzucały wręcz kłody pod nogi samorządowi miejskiemu, który bardzo chciał w tej inwestycji partycypować. Sytuacja zmieniła się sześć lat temu, gdy ludzie zdecydowali o powierzeniu powiatu w ręce tej samej koalicji, która rządzi w mieście, czyli PiS i Sochaczewskiego Forum Samorządowego, a wyniki współpracy widać gołym okiem. Zresztą za ten wybór ukłony należą się w stronę mieszkańców powiatu, którzy najwyraźniej uznali, że to co sprawdza się w mieście, sprawdzi się również w powiecie i jak widać mieli rację. Dobrze układa się współpraca z urzędem marszałkowskim, a zyskała na tym choćby jakość biegnących przez miasto ulic wojewódzkich. Dobra współpraca samorządów, to dobry prognostyk dla miasta, bo wiele jest jeszcze do zrobienia. Chcielibyśmy rozwinąć geotermię po tym jakim sukcesem zakończył się odwiert. Nie mogę się już doczekać kiedy dokończony zostanie amfiteatr. Tereny rekreacyjne blisko centrum miasta stanowiły będą wreszcie przemyślaną całość i jestem przekonany, że staną się wizytówką Sochaczewa, którą będziemy mogli się chlubić, co najmniej, na całą Polskę.

***

Przewodnicząca Rady Miejskiej w latach 2010-2014

Jolanta Gonta

W 2010 roku weszła do rady miasta nie mając wcześniej nic wspólnego z lokalną polityką. "Zrobiła" przy tym tak dobry wynik, że została przewodniczącą rady miasta. O kadencji samorządu 2010-2014 opowiada Jolanta Gonta, od 2014 r. starosta sochaczewski.

Startując do rady miasta w 2010 roku nie miała pani doświadczenia samorządowego. Jak udało się uzyskać tak znakomity rezultat?

To nie jest tak, że nigdy nie angażowałam się politycznie. Zawsze miałam poglądy prawicowe. W czasach "Solidarności", jeszcze w liceum, za działalność polityczną spotkały mnie nieprzyjemności. Wracając do kwestii mojego startu w wyborach 2010 roku wpływ na to miała niewątpliwie moja świętej pamięci mama, która bardzo angażowała się w politykę jako odbiorca przekazu medialnego. Była osobą dość schorowaną, bez szansy na częste wyjścia z domu, dlatego TVP INFO stanowiło dla niej rodzaj okna na świat. Siłą rzeczy ja też miałam jakiś ogólny ogląd na sytuację polityczną w kraju. Kluczowym momentem było zbieranie podpisów poparcia w wyborach prezydenckich w 2010 roku. Muszę zaznaczyć, że moja mama nigdy nie narzucała wprost swojej woli. Dlatego kiedy po raz kolejny usłyszałam, że ona by te podpisy zbierała, gdyby zdrowie jej pozwoliło, zdecydowałam, że pomogę i pozbieram je w jej imieniu. W krótkim czasie udało mi się zebrać tych podpisów dość dużo. Sprawdziłam, gdzie jest siedziba Prawa i Sprawiedliwości w Sochaczewie i zawiozłam je tam. Biuro prowadziła wtedy pani Beata Fastyn. Przyjęła mnie z dużym zdziwieniem, bo ktoś niezwiązany z lokalnymi strukturami PiS przywiózł „karton” podpisów z poparciem. Wtedy myślałam, że będzie to mój ostatni kontakt z czynną polityką.

Jednak, jak wiemy, na tym się nie skończyło.

Na każdej karcie z poparciem musiał być odnotowany kontakt do osoby zbierającej podpisy. W ten sposób biuro PiS skontaktowało się ze mną, prosząc o spotkanie. Byłam przekonana, że przy zbieraniu podpisów zrobiłam coś nie tak i trzeba będzie to sprostować, więc przystałam na spotkanie. W jego trakcie padła propozycja, żebym wystartowała z list PiS w wyborach samorządowych w 2010 roku. Potrzebowałam kilku dni na przemyślenie tematu i skonsultowanie go z rodziną. Ostatecznie zgodziłam się na kandydowanie.

Nie wyjaśnia to jeszcze pani pierwszej pozycji na liście.

Przed wyborami PiS zbierało od mieszkańców ankiety, jakich zmian potrzebuje Sochaczew. Organizatorem przedsięwzięcia był poseł Maciej Małecki.  Wiedząc, że posiadam wiedzę w dziedzinie analiz i badań statystycznych, poprosił mnie o opracowanie wyników ankiety. Podeszłam do tego zadania bardzo poważnie, ale nie sądziłam, że moja analiza stała na jakimś wysokim poziomie. Ku mojemu zaskoczeniu z Ośrodka Badania Opinii Publicznej, do której wysłane zostało opracowanie, przyszła informacja, że materiał został znakomicie przygotowany. Być może dlatego poseł Małecki zaproponował, żebym bardziej zaangażowała się w prace sztabu. Pamiętam, że trochę się wzbraniałam z uwagi na pracę w Warszawie. Jako osoba, która większość czasu spędzała w stolicy i nie była znana w sochaczewskim środowisku, raczej nie spodziewałam się wielu głosów w wyborach. Mimo to pan poseł zaproponował mi pierwsze miejsce na liście.

Jak pani zareagowała?

Pomyślałam, że to bardzo duże wyzwanie, a niewejście do rady z takiej pozycji przyniosłoby na pewno wstyd. Zgodziłam się jednak i zaczęłam się przykładać do prowadzenia kampanii wyborczej. Skupiłam się na bezpośrednim kontakcie z mieszkańcami mojego okręgu. Jak się okazało, strategia była skuteczna. Po wyborach rada, mając na uwadze moje doświadczenie zawodowe, uznała, że najlepiej nadaję się na stanowisko przewodniczącej. Mimo obaw, czy sobie poradzę, chyba sprostałam wyzwaniu.

To była duża zmiana jakościowa. W poprzedniej kadencji sesje trwały osiem godzin i dłużej, za pani czasów dwie godziny wystarczały, żeby zrealizować porządek obrad.

Na początku był pewien opór ze strony części radnych. Chyba wynikało to z przyzwyczajeń. Kiedy zostałam przewodniczącą, odsłuchałam protokoły z poprzedniej kadencji. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego ludzie decydowali się na spotkanie trwające dziesięć godzin, kiedy samo meritum zajmowało godzinę do dwóch. Przecież są komisje. Każdy z radnych zasiada zazwyczaj w kilku. Podczas tych komisji można długo debatować i zadawać pytania aż rozwiane zostaną wszelkie wątpliwości. Samo spotkanie na sesji powinno być momentem wcielenia wcześniejszych ustaleń w życie w postaci podjętych uchwał, a nie okazją do wytykania kto co zrobił źle i udowadniania, czemu się mylił. Dlatego, korzystając ze swojego prawa, jako przewodnicząca dbająca o porządek obrad, z całą stanowczością nie pozwalałam na odchodzenie od merytoryki. Szybko okazało się, że w dwie godziny można wyczerpać porządek obrad. Po pewnym czasie zaczęli to doceniać nawet ci radni, którzy wcześniej byli oburzeni, że odbieram im głos. Cieszę się, że mój następca Sylwester Kaczmarek kontynuuje te zdrowe zasady w prowadzeniu sesji.

Kadencja 2010-2014 przeszła na pewno do historii z uwagi na problemy we współpracy władz miasta z ówczesnymi władzami powiatu. Jak radni miejscy, jako ciało nadzorujące pracę burmistrza, odbierali te kłopoty?

Bardzo często brałam udział w spotkaniach burmistrza ze starostami. Pamiętam, jakie było to dla mnie przykre z punktu widzenia mieszkanki Sochaczewa, że na przykład nie było możliwości wyremontowania jednej z najważniejszych dróg w mieście, ulicy Staszica, tylko dlatego, że władze powiatu na wszelkie nasze propozycje odpowiadały „nie, bo nie”. W pewnym momencie władze Sochaczewa zadeklarowały nawet, że wezmą na siebie większość kosztów tej inwestycji. Nie potrafiłam też postawy powiatu zrozumieć z punktu widzenia ekonomisty. Dopiero po czasie zaczęłam nabierać podejrzeń, że chodzi tylko o to, żeby mieszkańcy nie odnotowali politycznego sukcesu burmistrza. Muszę powiedzieć, że obrzydliwe było dla mnie to, że ktoś prowadzi grę polityczną z taką szkodą dla sochaczewian. Przecież to wszystko dało się zrobić. Wystarczy spojrzeć, ile ulic powiatowych na terenie miasta zostało wyremontowanych od początku kadencji 2014-2018.

A jak w kadencji 2010-2014 układała się współpraca w koalicji?

Wszystko było dobrze ułożone i świetnie funkcjonowało. Staraliśmy się jak najczęściej spotykać i przepracowywać wszelkie rozbieżności. Nawet jeśli były jakieś konflikty, szybko je rozwiązywaliśmy, co pozwalało na wypracowanie wspólnego stanowiska. W sprawach szczególnie trudnych potrafiliśmy spędzić sporo czasu na wzajemnym przekonywaniu się, nie brakowało różnic zdań. I uważam, że to było cenne. Oznaczało, że obu stronom zależało, żeby jak najlepiej zadbać o mieszkańców miasta. Mogliśmy różnić się co do wizji, ale cel był jeden. Dlatego zawsze w końcu dochodziliśmy do konsensusu.

Jak zmienił się Sochaczew przez te cztery lata, kiedy zasiadała pani w fotelu przewodniczącej rady?

Poprawił się stan ulic, a to ze względu na zaproponowany przez burmistrza Piotra Osieckiego program „Drogi zamiast błota”. Udało się zrewitalizować wzgórze zamkowe, co okazało się zarzewiem trwających do dziś zmian na terenie podzamcza. Kramnice miejskie zyskały nowy wygląd, godny jednego z najbardziej charakterystycznych punktów na terenie miasta. Ale chyba największym osiągnięciem było to, że zakopaliśmy w ziemi sto milionów złotych (śmiech). Jednej z najpoważniejszych w tamtej kadencji inwestycji na co dzień nie widać. Ogromnym kosztem skanalizowane zostało właściwie całe miasto. Miejski żłobek udało się przeprowadzić z dwóch mieszkań w bloku do nowoczesnej, przyjaznej dzieciom siedziby. Wyremontowaliśmy most w ulicy Płockiej. Pod koniec kadencji oddaliśmy do użytku pasaż im. Wacława Duplickiego w Chodakowie. Dbaliśmy też o poprawę infrastruktury szkolnej, np. powstała piękna i nowoczesna hala gimnastyczna przy SP nr 4. Patrząc z perspektywy, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że udało nam się przeprowadzić wiele inwestycji ważnych dla mieszkańców Sochaczewa. Na pewno miałam to szczęście, że jako przewodnicząca rady mogłam współpracować ze znakomitym gospodarzem miasta burmistrzem Piotrem Osieckim. Zresztą nadal, już jako starosta, cenię sobie tę współpracę.

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms    
wypisz się
najnowsze informacje
Zapisz się na newsletter aby otrzymywać najnowsze informacje z portalu.
e-mail  sms 
wypisz się    zapisz się >>