Sochaczew Sochaczew Sochaczew
Prezes na trudne czasy
wiadomość pochodzi z:  „Ziemia Sochaczewska”

Ma za sobą ponad pół wieku pracy w „Społem” PSS. Przeszedł wszystkie szczeble – od pracownika fizycznego do stanowiska prezesa. Pełnił je przez 32 lata i spółdzielczość zna jak własną kieszeń. Siódmą kadencję jest też radnym, najpierw miejskim, później powiatowym. Podczas walnego zebrania PSS 29 marca Józef Chocian pożegnał się z pracownikami, radą nadzorczą i działaczami, odchodząc na emeryturę.

Każdemu szefowi należałoby życzyć takiego pożegnania, jakie zgotowano panu.
Jestem wzruszony i pełen wdzięczności za takie pożegnanie. Usłyszałem tyle ciepłych słów pod swoim adresem, że łza się w oku kręci. Cieszę się, że zostawiam spółdzielnię w dobrej kondycji i w dobrych rękach. Wierzę, że moje współpracowniczki - panie Wiesia Podoska i Agnieszka Strzelczyk świetnie sobie poradzą. 

Skoro jesteśmy w takim sentymentalnym nastroju, powspominajmy. Wróćmy do początków pana obecności w PSS.
Musiałem przez rok odpracować stypendium fundowane, dlatego w 1968 r. trafiłem do Sochaczewa. Myślałem, że to będzie krótki pobyt, że po roku podejmę pracę w jakiejś dużej wytwórni wędlin, bo  skończyłem przetwórstwo mięsne. Jak widać, życie potoczyło się inaczej i w Sochaczewie pozostałem do dziś. 

Rodzinne Braniewo zamienił pan na Sochaczew, w którym szybko pan awansował.
Rzeczywiście   zaczynałem w „Społem”, już wtedy spółdzielni z tradycjami, jako pracownik fizyczny, potem awansowałem na brygadzistę, następnie zastępcę kierownika masarni, technologa, aż do kierownika produkcji. Wtedy to była ważna funkcja w spółdzielni, bo PSS posiadała własną rzeźnię, masarnię, piekarnię, a nawet lodziarnię i ciastkarnię.

Chyba dzisiaj mało kto o tym pamięta. Gdzie się one mieściły?
Rzeźnia była przy ul. Pokoju, na terenie targowicy, tam gdzie teraz są stoiska przemysłowe. Po zamknięciu rzeźni, przez długi czas teren ten użytkował LOK (Liga Obrony Kraju – przyp. red.), który m.in. organizował kursy na prawo jazdy. Masarnia mieściła się na 1 Maja, w bramie, gdzie teraz  znajduje się sklep z używaną odzieżą, a dalej nasz „Lux”.

A cukiernia i lodziarnia?
Najpierw na Traugutta, a później przy Warszawskiej, koło policji. Ale PSS była także w posiadaniu czterech restauracji, kilku kawiarni, m.in. niezwykle popularnej kiedyś „Rycerskiej” na rogu Traugutta i Reymonta. Prowadziliśmy stołówki i kioski przyzakładowe w największych zakładach pracy: w Boryszewie, w Energomontażu, MPGK, w Chemitexsie, Lokomotywowni i wielu innych. Taki był stan na 1976 rok, kiedy zostałem powołany na stanowisko wiceprezesa ds. produkcji i gastronomii. A więc było co robić.

To ile osób zatrudniała wtedy PSS?
Około 700 osób. 

Niewiarygodne.
Ale tak było. Spółdzielnia w tamtym czasie prowadziła 100 sklepów. Za czasów PRL monopolistą w zakresie handlu w miastach była PSS, a na wsiach GS (Gminna Spółdzielnia - przyp. red.). 

Młodsi czytelnicy pewnie nie pamiętają, że były to czasy gospodarki nakazowo-rozdzielczej. Jak się wtedy pracowało? 
Na pewno nie było konkurencji. Prywatne sklepy były rzadkością, nie mówiąc o supermarketach. Ale jak pani wie, zupełny brak konkurencji też nie jest dobry. Poza tym państwo za pośrednictwem swoich central decydowało o jakości handlu. Słynne jest powiedzenie, że coś rzucono do sklepów. Poza tym przez wiele lat obowiązywały kartki na żywność i podstawowe artykuły.

Kiedy zaczęło się to zmieniać?
Na to trzeba było jeszcze poczekać. W 1986 r., kiedy odszedł na emeryturę zasłużony dla Sochaczewa prezes Henryk Zaczkowski, przez rok pełniłem obowiązki prezesa. Do chwili, kiedy komitet partii skierował na to stanowisko swojego człowieka. Nie za bardzo układała nam się współpraca, więc skorzystałem z propozycji wyjazdu na roczny kontrakt. Wtedy kierunek był tylko jeden - Związek Radziecki lub jeden z krajów socjalistycznych.

Pan trafił do ZSRR, w jakim charakterze?
Zarządzałem dużym hotelem pod Kurskiem, głęboko w Rosji, w sąsiedztwie powstającej elektrowni atomowej. Nie wchodząc w szczegóły, tam dostałem niezłą lekcję życia. 

Wrócił pan, kiedy w Polsce zaczynały się przemiany ustrojowe.
Tak, to był rok 1990. Funkcję przewodniczącego rady nadzorczej w PSS pełnił w tym czasie były prezes Zaczkowski i on mnie namówił, żebym wrócił. Wtedy już na stanowisko prezesa.

To też był trudny dla handlu czas. Transformacja ustrojowa, puste półki, zaciskanie pasa.
A oprócz tego ogromna inflacja, zwrot majątku prywatnego przejętego przez państwo, w tym także sklepów PSS, zmiana zasad gospodarczych. Po tylu latach regulowanego przez państwo handlu musieliśmy się uczyć wolnego rynku. To wszystko działo się jednocześnie i musieliśmy stawić temu czoła, łącznie ze zmianą mentalności kadry.

Sprzedawca był wtedy w mieście ważną osobą. Mógł sprzedać coś spod lady, odłożyć jakiś atrakcyjny towar, nie musiał się specjalnie starać, bo wszystko wtedy było w Polsce siermiężne.
No właśnie. Nie musiał zabiegać o klientów, myśleć o zaopatrzeniu, dbać o estetykę sklepu. A czasy się zmieniały, powstawały prywatne obiekty handlowe, później markety, a więc rosła konkurencja. Jeśli chcieliśmy utrzymać się na rynku, należało zacząć myśleć o handlu inaczej. 

Ale przetrwaliście ten trudny czas.
Zaczęliśmy remontować budynki, modernizować wnętrza sklepów, wymieniać wyposażenie na nowocześniejsze, szkolić kadrę, dbać o dobre kontakty z dostawcami. Później przyszedł czas na inwestycje - budowę nowych obiektów, pawilonów handlowych, porządkowanie własności gruntów. To wszystko zajęło nam lata, ale dzisiaj mam satysfakcję, że się opłaciło. Na pewno zadziałał też dobór współpracowników, którzy myślą podobnie jak ja, współpraca z samorządem i krajowymi związkami spółdzielczymi. Każdy z tych elementów był równie ważny.

Dzisiaj jest pan cenionym fachowcem, laureatem wielu nagród, w tym spółdzielczego Oskara i chyba spełnionym człowiekiem. Współpracownicy żegnali pana ze łzami w oczach.
Doceniam to wszystko, ale przyznam szczerze, że nie byłoby sukcesów, gdyby nie miłość do mojej spółdzielni. W domu mówią, że PSS była ważniejsza od rodziny. I muszę przyznać, że czasami rzeczywiście tak było. Kiedy żona pracowała na popołudniową zmianę, moim obowiązkiem było odebranie córki z przedszkola. Odbierałem ją, owszem, ale przyprowadzałem do biura i oddawałem w ręce naszej sprzątaczki. To ona zajmowała się dzieckiem, dopóki nie skończyłem. 

A do tego przez blisko trzy dekady był pan radnym, najpierw miejskim, później powiatowym. Skąd to zainteresowanie działalnością społeczną?
Szczerze mówiąc do startu w wyborach w 1994 r. namówili mnie sąsiedzi. To oni zbierali podpisy za moją kandydaturą, zabiegali o głosy, robili szeptaną kampanię. Niespodziewanie uzyskałem duże poparcie i tak to się zaczęło. 

Wygrywał pan każde kolejne wybory i aż do 2008 r. był pan członkiem rady miejskiej.
Rzeczywiście przez kilkanaście lat zabiegałem o sprawy mieszkańców Sochaczewa, ale głównie zależało mi na bezpieczeństwie. Zwłaszcza w pierwszych latach samorządu był to duży problem. Wysoka przestępczość, pojawienie się zorganizowanych grup, niedoinwestowane służby, liczne reorganizacje w ich szeregach powodowały, że w Sochaczewie nie było bezpiecznie. 

Był pan także orędownikiem monitoringu w mieście.
I czas pokazał, że jest to ważny element w zapewnieniu bezpieczeństwa. Kiedyś kroniki policyjne pękały w szwach od różnorakich przestępstw, dzisiaj najczęściej słyszymy o wykroczeniach w ruchu drogowym czy zatrzymaniu posiadacza narkotyków. Monitoring stał się straszakiem dla pospolitych przestępstw na ulicach miasta.

Od 2010 r. do dzisiaj jest pan członkiem rady powiatu, a od czterech jej wiceprzewodniczącym.
I muszę powiedzieć, że tutaj, oprócz wielu spraw, także zajmuję się bezpieczeństwem, współpracą z policją, strażą pożarną i innymi służbami. Do końca kadencji zostało jeszcze półtora roku, ale będzie to już ostatnia moja kadencja.

To znaczy emerytura na 100 procent. Co pan zamierza robić po tylu latach aktywności zawodowej i społecznej?
Jeszcze nie wiem, na razie czeka mnie przeprowadzka i to mnie zajmuje. Ale nie ukrywam, że trudno mi będzie przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Najbardziej cieszy się moja rodzina, twierdząc, że wreszcie będzie mnie miała dla siebie.

Trudno mi sobie wyobrazić, aby długo wytrwał pan bez zajęcia. Poza tym nie sądzę, aby krajowa spółdzielczość nie skorzystała z wiedzy takiego fachowca. Naszej PSS też pewnie będzie pan doradzał.
Czas pokaże, ale na pewno nie będzie to już tak intensywna praca jak dotychczas.

Życzę w takim razie odpoczynku i dziękuję za rozmowę.
A ja jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie podczas pełnienia funkcji prezesa, a mojej spółdzielni życzę, aby się nadal rozwijała i była ważnym elementem na handlowej mapie Sochaczewa.

Rozmawiała Jolanta Śmielak-Sosnowska

A A A
05-04-2022
godz.07:55
 


nadchodzące wydarzenia

wtorek, 05.07.2022 r. 3687414 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms    
wypisz się
polecamy