Sochaczew Sochaczew Sochaczew
Pomoc społeczna to ludzie

Mówi, że w pomocy społecznej pracuje się chwilę, albo całe życie. Ona przepracowała w tym sektorze 43 lata. Przeszła wszystkie etapy – od pracownika socjalnego po dyrektora. Z Joanną Majewską, szefową Środowiskowego Domu Samopomocy, która za kilka dni odchodzi na emeryturę, rozmawia Jolanta Śmielak-Sosnowska.

Czy to prawda. że do pomocy społecznej trafiła pani przez przypadek?
To prawda. Po maturze nie dostałam się na studia i wymyśliłam sobie, że przeczekam ten rok i spróbuję ponownie.

A jaki był ten wymarzony kierunek?
Mam raczej umysł ścisły, więc wchodziły w grę kierunki techniczne.

To trochę daleko od pomocy społecznej.
No właśnie. W wakacje 1978 r. spotkałam kuzynkę, która od dłuższego czasu szukała pracownika socjalnego i bardzo zachęcała mnie do podjęcia pracy. Mówi do mnie: będziesz  siedziała w domu cały rok, lepiej przyjdź do nas, popracujesz, zarobisz pieniądze i za rok pójdziesz na studia. W ten sposób 1 września 1978 r. trafiłam do pomocy społecznej, która wtedy podlegała sektorowi zdrowia. Moim miejscem pracy był Zespół Opieki Zdrowotnej w Sochaczewie.

Co należało do pani obowiązków?
Zajmowałam się rehabilitacją zawodową i społeczną inwalidów. Do moich zadań należało zaopatrzenie w sprzęt rehabilitacyjny, pomocniczy, kierowanie do sanatoriów itp.

I przestała pani myśleć o wymarzonych studiach?
Wciągnęła mnie ta praca. Zresztą wkrótce zaproponowano mi kierunkową szkołę, później skończyłam studia i zostałam.

Na ponad 40 lat.    
Mówi się, że w pomocy społecznej pracuje się chwilę, albo całe życie. Ja jestem potwierdzeniem tego drugiego przypadku. W międzyczasie wyszłam za mąż, urodziłam dzieci, a kiedy przyszedł 1990 rok i samorządy, automatycznie przeszłam do powstającego wtedy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej.
I tutaj przeszła pani wszystkie szczeble – od pracownika socjalnego do kierownika działu pomocy rodzinie.
Najpierw dużo pracowałam w terenie, miałam swój rejon w Boryszewie i grupę podopiecznych, którymi się zajmowałam. Później rzeczywiście awansowałam na kierownika działu i wtedy trzeba było wspólnie z pracownikami rozwiązywać najtrudniejsze problemy naszych klientów z całego miasta.

Jakie to były sprawy?
Bardzo różne. Podobnie jak różni są ludzie. Pamiętam historię kobiety, która trafiła do szpitala psychiatrycznego, mąż też się leczył psychiatrycznie, w domu było dwoje małych dzieci i żadnego źródła dochodu. Po jakimś czasie udało mi się „wyprostować” tę sprawę, a pani, której pomogłam, jeszcze długo przychodziła radzić się w różnych kwestiach. Ze wszystkich spraw najbardziej poruszały mnie jednak problemy ludzi niepełnosprawnych. Może dlatego że ich kalectwo i związane z tym potrzeby nie wynikały przecież z ich winy, a w konsekwencji skazani byli na innych. Pół biedy, jeśli mieli rodzinę, która chciała się nimi zająć, gorzej, kiedy zostawali sami ze swoimi problemami. Uważam, że takim osobom należy się bezwarunkowa pomoc.

Jak wobec takich problemów zachować równowagę psychiczną?
Na początku jest to bardzo trudne. Kiedy wracałam do domu, myślami byłam w pracy. Nie mogłam spać, w głowie miałam te ludzkie nieszczęścia, rozmyślałam, jak rozwiązać jakiś problem, ciągle szukałam wyjścia z patowych sytuacji.

Można się uodpornić na ludzkie tragedie?
Powiem tak: lekarz musi się oswoić ze śmiercią, bo inaczej nie pomoże innym, którzy potrzebują jego pomocy. Podobnie pracownik socjalny musi nabrać dystansu do konkretnych, indywidualnych spraw, bo inaczej nie będzie w stanie działać na rzecz innych trudnych przypadków.  Po jakimś czasie to zrozumiałam i zdobyłam umiejętność rozdzielania spraw zawodowych i życia osobistego. Zwłaszcza że zdarzały się też przypadki, kiedy oddałam serce jakiejś rodzinie, a ona i tak to zmarnowała.

I to jest prawdziwa porażka. Wkłada się całą wiedzę i serce, a ludzie nie chcą z tego skorzystać.
W pomocy społecznej dzielimy klientów na trzy grupy. Takie osoby czy rodziny, które czasowo popadły w tarapaty i w tym momencie trzeba im pomóc, żeby wyszli na prostą. Czasem jest to ciężka choroba, duży dług, utrata pracy. Oni często już nigdy potem nie wracają do nas, bo otrzymali wsparcie w odpowiedniej chwili. Kolejna grupa to podopieczni, którym trzeba pokazać drogi wyjścia z trudnej sytuacji, pokierować nimi, a później monitorować, jak sobie radzą i w porę podejmować działania. Tacy najczęściej chcą, ale nie potrafią sami wyjść z kryzysu. I są też klienci, którzy zmarnują każdą pomoc. Są roszczeniowi, uważają, że im się wiele należy, a sami nie robią nic, żeby poprawić swoją sytuację. Z nimi jest najtrudniej, bo każde działanie jest odrzucane.

Najgorzej jest chyba wtedy, kiedy w takiej rodzinie są dzieci.
To prawda. Z jednej strony cierpią, bo są świadkami lub doświadczają przemocy, chodzą głodne, niedopilnowane, nie mówiąc o braku uczucia i wsparcia ze strony rodziców. W domu najważniejsze są alkohol albo narkotyki, a ich brak jeszcze zwiększa agresję dorosłych, którzy przeważnie nie pracują, czasem nielegalnie zdobywają pieniądze. Z drugiej strony dzieci nasiąkają tymi negatywnymi wzorcami i później kopiują je w dorosłym życiu.

Na ten temat można by mówić jeszcze długo, ale wróćmy do sedna rozmowy. W 2008 roku z MOPS przeszła pani do Środowiskowego Domu Samopomocy. Dlaczego?
Tutaj znowu zdecydował przypadek. Kiedy nagle zrezygnował poprzedni dyrektor ŚDS, poproszono mnie o zastępstwo do czasu znalezienia nowego. Te poszukiwania się wydłużały, a w placówce trzeba było podejmować wiele decyzji merytorycznych i inwestycyjnych. Uczestnicy musieli brać udział w terapii i normalnych zajęciach. Siedziba ŚDS to zespół trzech dużych budynków, z których dwa odziedziczyliśmy po DDPS, więc wymagają ciągłych modernizacji. Tymi sprawami trzeba się było zajmować na bieżąco, więc pomału wciągnęłam się w nowe obowiązki i chyba po dwóch latach objęłam funkcję dyrektora na stałe.

Mimo że specyfika placówki jest inna. ŚDS zajmuje się osobami niepełnosprawnymi intelektualnie i z zaburzeniami psychicznymi, a ich schorzeniom często towarzyszy niepełnosprawność fizyczna.
Rzeczywiście jest to placówka działająca na rzecz osób ze specyficznymi potrzebami, ale jedno jest niezmienne – pomoc społeczna. Próbujemy naszych podopiecznych choć na kilka godzin dziennie zabierać z rodzinnych domów, żeby ich uspołeczniać. Tutaj mają kontakt z innymi osobami, pokazujemy im, jak wygląda prawdziwe życie, zabieramy na wycieczki, do dyspozycji mają dobrze wyposażoną  placówkę, ci uzdolnieni, przy pomocy terapeutów, mogą realizować swoje zainteresowania.  

Dom rodzinny nie zapewni takich możliwości?
Często dlatego, że rodzice naszych podopiecznych są nadopiekuńczy, wyręczają ich we wszystkich czynnościach, podczas kiedy my próbujemy ich namówić do aktywności uzależnionej od rodzaju schorzenia. Dla jednych będzie to wycieczka autobusem do miasta, umiejętność skasowania biletu, zrobienia zakupów w sklepie, czy spacer ulicami, dla innych podejmowanie prób malarskich, nauka gotowania czy wysiłek fizyczny na siłowni. Na szczęście do przeszłości odchodzą sytuacje, kiedy rodzice wstydzili się pokazywać swoje niepełnosprawne dzieci, trzymali je w domach, ukrywając przed światem ich niedomagania. Takich przypadków jest coraz mniej.

W czasie największych obostrzeń pandemicznych musieliście odmówić uczestnikom korzystania z placówki.
I niektórzy bardzo to przeżywali, dzwonili co kilka dni i pytali, czy już mogą przyjechać. Cieszymy się, że mamy ich znowu, choć w tej chwili, z powodu toczącego się remontu, warunki nie są najlepsze.

Trwa termomodernizacja obiektu, ale już wcześniej inicjowała pani wiele prac poprawiających estetykę i użyteczność domu.
Zaczęłam od kostki przy budynkach, żeby uczestnicy, zwłaszcza ci na wózkach, nie brodzili po błocie, udało się wykonać tarasy i zadaszenie, dzięki czemu możemy organizować spotkania na powietrzu, nawet przy gorszej pogodzie. Wyremontowaliśmy wewnętrzne schody, linoleum zastąpiliśmy terakotą, ogrodziliśmy całą posesję, żeby dać swobodę poruszania się uczestnikom, a jednocześnie mieć pewność, że nie wyszli poza teren. W salach pojawiły się nowe meble i wyposażenie w sprzęt, a na terenie wokół ośrodka dużo zieleni, kwiatów pięknie kwitnących latem.

I teraz chce pani to zostawić i odejść na emeryturę?
W tego typu placówkach zawsze jest mnóstwo pracy, bo ciągle pojawiają się nowe potrzeby i wymagania dotyczące standardu domu. A pracujący tu ludzie nie młodnieją, a wręcz przeciwnie. Różnie układa się też życie prywatne, na które zazwyczaj nie ma czasu. Stwierdziłam, że przyszedł  moment, kiedy trzeba odpocząć i dać możliwość pokierowania placówką komuś innemu, kto wniesie nowe pomysły, energię i zapał. Życzę mojemu następcy, aby praca tutaj była przyjemnością i aby każdy problem był do rozwiązania.

A A A
27-07-2021
godz.10:47
 


nadchodzące wydarzenia

czwartek, 23.09.2021 r. 3344334 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms    
wypisz się
polecamy