Sochaczew Sochaczew Sochaczew
Zbrodnia na 50 żołnierzach Bydgoskiego Batalionu Obrony Nardowej

Sochaczew był jednym z wielu miejsc, gdzie we wrześniu 1939 r. wojska niemieckie dopuściły się zbrodni wojennych, dokonując masowych egzekucji ludności cywilnej i wziętych do niewoli żołnierzy polskich.

22 września 1939 r. w Boryszewie Niemcy rozstrzelali 50 żołnierzy bydgoskiego batalionu Obrony Narodowej.

Do organizacji batalionu przystąpiono 2 kwietnia 1939 r. na podstawie rozkazu Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych. Batalion wchodzący w skład Chełmińskiej Brygady Obrony Narodowej przydzielono w lipcu 1939 r. do 15 Dywizji Piechoty Wielkopolskiej stacjonującej w Bydgoszczy. Dywizja wchodziła w skład armii „Pomorze”, której dowództwo mieściło się w Toruniu. W bydgoskim batalionie ON służyli wyłącznie mieszkańcy Bydgoszczy, rezerwiści 61 i 62 pp. Dowódcą batalionu był mjr Jan Gawroński. Stan liczebny batalionu po mobilizacji wyniósł 706 żołnierzy. W wojnie obronnej 1939 r. batalion dzielił los 15 DP wchodzącej w skład armii „Pomorze”. W pierwszych dniach wojny walczył na północ od Bydgoszczy.

Z 6 na 7 września bydgoski batalion ON wraz z innymi jednostkami armii „Pomorze” rozpoczął odwrót na Warszawę, biorąc m.in. udział w bitwie nad Bzurą. 17 września zmasowane naloty lotnictwa niemieckiego, ostrzał artyleryjski i kilkakrotne ataki piechoty rozbiły i rozproszyły oddziały Wojska Polskiego w rejonie Iłowa i Bud Starych.

Do niewoli dostało się kilka tysięcy żołnierzy, w tym 200 z bydgoskiego batalionu ON. Jeńców zaprowadzono najpierw do Sochaczewa, skąd po krótkim postoju skierowano do Żyrardowa. Tam umieszczono ich na stadionie sportowym. Na tym niewielkim obiekcie zgromadzono kilka tysięcy jeńców. Z tej masy Niemcy zdołali wyodrębnić grupę 179 lub 189 żołnierzy z bydgoskiego batalionu ON (około ¼ ogólnego stanu tej jednostki). Było to możliwe, gdyż Niemcy ogłosili, że w pierwszej kolejności będą zwalniani do domów żołnierze z tego właśnie oddziału. Wśród jeńców chodził feldfebel, niemiecki Ślązak i nawoływał do ujawnienia się żołnierzy batalionu, zachęcając ich „Chłopaki, kto z Bydgoszczy, ten ma się zgłosić. Nie bójta się. Pójdzieta do mamy, do domu” Jeńcy z bydgoskiego batalionu ON posłuchali tego wezwania i zgłosili się do komendy obozu. Ponadto żołnierze tej formacji jako jedyni nosili nieco inne mundury (wykonane z drelichu).

Żołnierzy batalionu, którzy się ujawnili ustawiono na szosie przed obozem. Niektórzy z nich zobaczyli, ze za drutami pozostał dowódca 1 kompanii, który w ostatnich walkach dowodził całym batalionem – kpt. Romuald Kłosowski. Zachęcili go do wyjścia, oświadczając, że wracają do domu. Po chwili kapitan znalazł się w tej grupie. Batalion z powrotem poprowadzono szosą do Sochaczewa. Niemcy wyjaśnili im, że z tego miasta prowadzi linia kolejowa do Bydgoszczy, a w Sochaczewie zostaną załadowani do wagonów. W połowie drogi wzmocniono eskortę i żołnierzy załadowano na ciężarówki. Kiedy dojechali do Sochaczewa kazano im wysiąść, nie poprowadzono ich jednak na dworzec kolejowy, lecz za druty – do obozu jenieckiego urządzonego na terenie fabryki prochu w Boryszewie. Wśród żołnierzy znajdowało się kilku oficerów z kpt. Kłosowskim na czele.

Rankiem 22 września pod silną eskortą, z karabinami gotowymi do strzału, jeńców zaprowadzono przed jeden z domów w Boryszewie, gdzie urzędował niemiecki sąd polowy (dziś w tym miejscu stoi budynek będący siedzibą Domu Kultury). Był to sąd polowy jednej z dywizji 8 armii, którą dowodził gen. Johannes Blaskowitz.

Żołnierzy bydgoskiego batalionu ON oskarżono o udział w mordowaniu cywilów – Niemców w niedzielę 3 września 1939 r. w Bydgoszczy. Dzień ten nazwali Niemcy „Blutsontag” („krwawą niedzielą”). Kiedy żołnierzy bydgoskiego batalionu ON postawiono przed sądem polowym, Niemcy już od wielu dni prowadzili zakrojoną na szeroką skalę akcję eksterminacji ludności polskiej w Bydgoszczy. Pretekstem do tej akcji było stłumienie przez Wojsko Polskie, funkcjonariuszy Policji Państwowej i miejscową ludność akcji dywersyjnej podjętej 3 września przez Niemców, którzy podjęli próbę opanowania Bydgoszczy. Akcję przygotowała SD (nazistowska służba bezpieczeństwa), przy udziale innych służb III Rzeszy. Wykonawcami dywersji bydgoskiej byli głównie członkowie „Selbschutzu”, spadochroniarze oraz członkowie „Hitlerjugend”. Byli to zarówno obywatele polscy z Bydgoszczy i okolicznych miejscowości, jak i ludzie przerzuceni z terenu III Rzeszy. 5 września po zajęciu miasta przez niemiecką 50 DP, Wehrmacht od razu rozpętał krwawy terror jako odwet za „zbrodnie” popełnione przez Polaków na „bezbronnych i niewinnych Niemcach”. Charakterystyczne jest, że wraz z upływem czasu rosła liczba „ofiar polskich morderców”. Na początku propaganda hitlerowska podawała, że w Bydgoszczy zginęło kilka tysięcy Niemców, z czasem liczba ta urosła do kilkunastu tysięcy, podczas, gdy jak udowodniono po wojnie, straty niemieckie wyniosły około 150-300 osób zabitych w walkach i rozstrzelanych w egzekucjach wykonanych na podstawie wyroków sądów polowych. Warto podkreślić, że dowódca 15 DP gen. bryg. Zdzisław Przyjałkowski w momencie opuszczenia miasta przez polskich żołnierzy kazał zwolnić z aresztu wszystkich zatrzymanych Niemców. W wyniku walk z niemieckimi dywersantami zginęło około 240 Polaków. Liczba ofiar niemieckiego terroru jest trudna do ustalenia. Wymienia się nazwiska 3513 Polaków zamordowanych przez hitlerowców w rejencji bydgoskiej tylko na jesieni 1939 r. Niemcy nie poprzestali na mordowaniu niczemu winnych ludzi w samej Bydgoszczy i okolicach, ale ścigali Polaków w różny sposób związanych z Bydgoszczą na terenie całego kraju przez cały okres okupacji. Między innymi wśród ofiar rozpętanego przez nich terroru znaleźli się żołnierze bydgoskiego batalionu ON, mimo iż nie brali oni udziału w tłumieniu dywersji, a w czasie odwrotu z Pomorza jednostka ta przechodziła jedynie przez okolice Bydgoszczy. Niemcy nie zdołali też udowodnić żadnemu z żołnierzy tej formacji jakiekolwiek udziału w rozstrzeliwaniu dywersantów. Żołnierzy batalionu oskarżał plutonowy podchorąży w mundurze polskim z 59 pp z Inowrocławia, narodowości niemieckiej o nazwisku Lorenz (?).

Żołnierzy ustawiono czwórkami i jeden z oficerów niemieckich nakazał kpt. Kłosowskiemu sprawdzić czy wszyscy należą do bydgoskiego batalionu ON. Po wyeliminowaniu kilku, pozostało 179 ludzi. Sąd polowy pod przewodnictwem oficera w stopniu majora, kolejno przesłuchał oficerów, podoficerów i szeregowych, po jednym z każdego plutonu. Później major przeprowadził segregacje żołnierzy zadając im pytania dotyczące m.in. pochodzenia (narodowości), wykształcenia, stanu cywilnego, liczby dzieci, znajomości języka niemieckiego. Kończąc pytania, major kazał wystąpić wszystkim podchorążym i oficerom. Tym wszystkim, którzy wystąpili po kolejnych pytaniach, kazano ustawić się po prawej stronie batalionu. Oficer podchodził do każdego jeńca osobno i krótko z nim rozmawiał. Zależnie od swego uznania kierował jednych na prawo a innych na lewo. Kiedy grupa po prawej stronie była dość liczna, major nakazał odliczyć. Było w niej 51 żołnierzy. Ostatniemu kazano wrócić do batalionu.

Wyselekcjonowanej grupie 50 żołnierzy niemiecki kapitan o nazwisku Schopelius (?) odczytał po niemiecku i po polsku wyrok sądu polowego. Podano w nim, że mimo iż wszyscy przesłuchani jeńcy stwierdzili, że nie brali udziału w wydarzeniach bydgoskich i że w ogóle od końca sierpnia 1939 roku nie byli mieście, to jednak uznano za udowodnione, że żołnierze batalionu brali udział w mordowaniu cywilów-Niemców, łamiąc tym samym konwencję genewską. Sąd polowy oparł się tu na zeznaniach plut. pchor. Lorenza. W odwecie za udział w rzekomym zamordowaniu 5000 Niemców w Bydgoszczy wyrokiem sądu polowego postanowiono rozstrzelać 50 żołnierzy bydgoskiego batalionu ON.

Po uformowaniu grupy skazańców i odczytaniu wyroku, najwyższy stopniem polski oficer – kpt. Romuald Kłosowski wystąpił z szeregu i donośnym głosem zażądał prawa „ostatniego słowa”. Niemcy odmówili, wpychając go do szeregu. Pozostałych 129 żołnierzy batalionu wróciło za druty obozu w Boryszewie. Na usilne naleganie skazańców ściągnięto z parafii w Kozłowie Biskupim ks. Mariana Rączkę, który udzielił skazanym ostatniej posługi i odprowadził ich na miejsce stracenia. Z obozu na terenie fabryki w Boryszewie pod silną eskortą żołnierzy niemieckich, jeńców zaprowadzono na miejsce kaźni. Jedynym świadkiem – Polakiem obecnym przy egzekucji był ksiądz Wacław Rączka. Według słów księdza, przekazanych następnie innym osobom, już na miejscu stracenia jeden z oficerów, prawdopodobnie kpt. Kłosowski, chciał mu podać jakąś kartkę. Niemcy na to nie pozwolili, wówczas oficer krzyknął, że na śmierć wydał ich „Lorenc”.

„Za Polskę walczyliśmy, za Polskę umieramy” – taki był ostatni okrzyk wzniesiony przed plutonem egzekucyjnym przez jednego ze skazańców, usłyszany przez mieszkańców domów leżących nieopodal miejsca egzekucji. 50 żołnierzy bydgoskiego batalionu ON rozstrzelano 22 września przed godziną 19.00 na terenie glinianek cegielni w Boryszewie, blisko gospodarstwa rodziny Gostyńskich. Wiadomo, że skazanych rozstrzeliwano w dwóch grupach z broni maszynowej, a jeszcze dających oznaki życia dobijano pojedynczymi strzałami. Wszyscy bowiem świadkowie słyszeli dwie długie serie z broni maszynowej oddane w odstępie kilkuminutowym, przedzielone pojedynczymi strzałami.

Irena Rybak, mieszkanka Boryszewa, opisała w liście tę zbrodnię swemu synowi Eugeniuszowi Rybakowi: „… Kiedy zaczęli ich prowadzić drogą do Kozłowa Biskupiego pod silną eskortą pieszych Niemców i na motorach, powstał wielki lament i niesamowity jakiś jęk, ponieważ wtedy zorientowali się, że idą na śmierć. Dwa dni przed tą tragedią, wykopali Niemcy długi, nie bardzo głęboki dół, ja to widziałam, ponieważ tamtędy chodziłam po mleko do Gostyńskich i w ogóle miejsce, gdzie zostali zamordowani, jest bardzo blisko, może 250 m od domu, w którym mieszkali moi rodzice i ja z tobą wtedy tam byłam, ponieważ ojciec był wtedy zabrany do obozu. Gdy tych biedaków przyprowadzili na miejsce stracenia, myślę, że Ty, Genek, też pamiętasz, rozdzielili ich na dwie grupy, przez cały czas obserwowaliśmy ich przez okna, które wychodzą na miejsce, gdzie ich ustawili. Jedną grupę ustawili za drogą, bliżej naszego domu, drugą grupę wzięli nad wykopany dół w bok drogi naprzeciwko. Kiedy usłyszeliśmy serie z karabinów maszynowych, ja dostałam szoku nerwowego, strasznie zaczęłam krzyczeć i płakać, aż mój ojciec na mnie krzyczał, żebym się uspokoiła. Po serii z karabinów, usłyszeliśmy pojedyncze strzały z pistoletu, którymi dobijali jeszcze drgające ciała. Gdy ucichły pierwsze strzały, wtedy wzięli drugą grupę nad ten sam dół i tak samo – jak poprzednio – najpierw serie z karabinów maszynowych, a później pojedyncze, z pistoletu. Zginęli 22 września 1939 r., była dobra szarówka, tak między godz. szóstą a siódmą. To wszystko trwało kilka minut, zaraz ich zagrzebali, a w nocy ustawili posterunek …”.

22 września 1979 r. na łamach „Bydgoskiego Dziennika Wieczornego” ukazał się wywiad przeprowadzony przez Andrzeja Białoszyckiego z Eugeniuszem Rybakiem. Ten liczący we wrześniu 1939 r. 10 lat chłopiec razem ze swoją matką Ireną Rybak był naocznym świadkiem mordu popełnionego na żołnierzach bydgoskiego batalionu ON: „… Miałem wówczas dziesięć lat. Wraz z mamą znaleźliśmy się we wrześniu 1939 roku u babci Stanisławy Kościńskiej, która mieszkała w maleńkiej chacie na skraju Boryszewa za cegielnią pod samym lasem. Około 300 metrów przed domkiem – pomiędzy wyrobiskami gliny – przebiegała droga z Sochaczewa do Kozłowa Biskupiego. Tego dnia już od rana panował w okolicy niecodzienny ruch. Chłopcy widzieli wermachtowców przeczesujących pobliski las, a przed południem grupa niemieckich żołnierzy kopała rów w gliniankach w pobliżu szosy. Nikt nie przypuszczał jednak co się stanie… Nad okolicą powoli zaczął zapadać zmierzch. Dochodziła chyba już 18, kiedy od strony drogi usłyszeliśmy jakieś krzyki. Podbiegliśmy do okien. W domu była wówczas babcia, moja mama Irena Rybakowa i ciocia Aleksandra Mazurkiewicz. Zobaczyliśmy pochód, na widok którego ścisnęły się serca. Od strony Sochaczewa szła kolumna naszych żołnierzy, niektórzy w narzuconych na ramiona płaszczach, inni w mundurach, z odkrytymi głowami. Po obu stronach Wehrmacht z gotowymi do strzału automatami, w hełmach. Na końcu ciężarówka z ustawionym na platformie karabinem maszynowym. Wkrótce ten straszny pochód zatrzymał się na szosie nieomal naprzeciw naszych okien. Z szoferki wysiadł elegancki oficer w mundurze i charakterystycznej siodełkowatej czapce. Niemcy sprowadzili na miejsce księdza Rączkę, proboszcza z pobliskiego Kozłowa Biskupiego. Drżąc cały, z twarzą przylepioną do szyby, czułem, że za chwilę będę świadkiem czegoś strasznego… Po chwili oficer niemiecki wydzielił z grupy połowę Polaków. Żołnierze padali sobie w ramiona, niektórzy głośno wzywali imiona najbliższych. Te pełne rozpaczy okrzyki dobiegały do nas i czasem jeszcze dziś brzmią mi w uszach, przypominając koszmar tamtego przeżycia. Na gardłowy wrzask dowódcy konwój odprowadził kilkudziesięciu bezbronnych ludzi na skraj wykopanego rowu na gliniankach. Rozległa się przeciągła seria z karabinu maszynowego znajdującego się na stojącej na szosie ciężarówce. Moja mama zemdlała, a ja stałem jak skamieniały, wbijając paznokcie w zaciśnięte kurczowo w pięści dłonie. Za parę minut hitlerowcy sprowadzili z drogi drugą grupę naszych żołnierzy. Rozległa się kolejna seria… Oficer niemiecki zszedł z szosy i przeskakując nierówności terenu zbliżył się ku leżącym bezwładnie ciałom, wymachując pistoletem. Zatrzymywał się co kilka kroków i osobiście dobijał tych, którzy nie byli martwi po strzałach z karabinu maszynowego. Widziałem jeszcze sylwetki oprawców, którzy w zapadających ciemnościach wracali na szosę, pokrzykując coś do siebie wesoło. Zawarczał silnik samochodu i ciężarówka powiozła ich do Sochaczewa. Nad Boryszewem zapadła przerażająca cmentarna cisza. Trudno mi dziś odtworzyć wszystko co czuł wówczas 10-letni chłopak, będący świadkiem tak potwornej zbiorowej zbrodni. Nie spałem całą noc. Rano obserwowałem z ukrycia, jak gromadka żołnierzy niemieckich zakopywała trupy i udeptywała glinę nad zbiorową mogiłą. Zapamiętałem dobrze to miejsce. Około południa przemogłem strach i poszedłem tam. To był wstrząsający widok. Już parę kroków od szosy leżały płaszcze, czapki, manierki, pędzle do golenia, chlebaki. Kilkanaście metrów dalej ziemia tu i ówdzie zmieszana była z krwią …”.

Opis zbrodni dokonanej na żołnierzach bydgoskiego batalionu ON przekazała też Aleksandra Mazurkiewicz – obserwująca ją razem z Ireną i Eugeniuszem Rybakami: „Widziałam jak Niemcy prowadzili pod silną eskortą żołnierzy polskich na gliniankę porosłą sitowiem, gdzie wcześniej wykopano duży dół. Słyszałam strzały z karabinu maszynowego, a potem pojedyncze strzały. Po chwili znowu strzelał karabin maszynowy, a następnie słyszałam pojedyncze strzały”. Kolejną relację przekazał Jerzy Kamiński: „Na trasie prowadzącej do miejsca rozstrzelania tych wybranych jeńców stał dom zamieszkały przez pracowników Cegielni. Dom miał dwa piętra. Przed prowadzeniem jeńców na miejsce stracenia, żołnierze obstawili dom i korytarze tak, że nie mogłem wyjść z mieszkania i obserwowałem oknem kolumny jeńców. Z przodu kolumny jechał motocykl z żołnierzem mającym skierowany karabin maszynowy w kierunku idącej kolumny. Jeńcy szli czwórkami i przy każdym szeregu z obu jego stron szedł żołnierz z karabinem i bagnetem. Kolumnę zamykał jadący motocyklem żołnierz. Z kolumny dochodziły płacze i jęki, słychać też było skargi i wspomnienia o rodzicach, żonach i dzieciach. To był krzyk ludzi idących na śmierć. My gdy to słyszeliśmy, to sami płakaliśmy. Słyszeliśmy jak strzelał karabin maszynowy, a następnie pojedyncze strzały, co oznaczało, że dobijają tych jeńców, którzy jeszcze żyją. Przez całą noc żołnierze niemieccy pełnili wartę na miejscu stracenia i nikt nie mógł się tam zbliżyć”.

O zbrodni w Boryszewie pisał również ks. Tadeusz Kraszewski: „… Po południu przy drodze Niemcy wzmacniają warty. Wydano zakaz wychodzenia na ulicę i opuszczania mieszkań w domach znajdujących blisko ulicy. Co to ma znaczyć? Będzie się coś działo, coś groźnego. Późnym popołudniem, od prochowni – fabryki prochu strzelniczego, gdzie był obóz dla jeńców wojennych – nadeszła kolumna polskich żołnierzy, otoczona gęstym szpalerem żołnierzy niemieckich w hełmach i z bronią gotową do strzału. Kolumna skręciła w kierunku Kozłowa Biskupiego. Jak się okazało później, żołnierze byli prowadzeni do wyrobisk po wydobytej glinie – glinianek. Ten smutny pochód było widać tylko przez firanki w domach. Nikt z mieszkańców nie wychodził przed swoją siedzibę, strach nie pozwalał zbliżyć się nawet do okien. Nie było już wątpliwości, gdzie i po co idą żołnierze otoczeni żołdakami. Wiadomość przyniesiona rano stała się rzeczywistością pod koniec dnia. Z polecenia mamy poklękaliśmy i rozpoczęła się modlitwa za skazanych. Podczas modlitwy rozległy się serie karabinu maszynowego. Wiedzieliśmy co to znaczy… W tym czasie modlitwa stała się gorętsza. Mama łkała i wśród łez powtarzała: „Jezu, Jezu, Matko Bolesna, módl się za umierającymi…” Od tego dnia w naszym domu rozpoczęła się codzienna wspólna modlitwa wieczorem – „Anioł Pański” i „Wieczny odpoczynek” za rozstrzelanych w gliniankach żołnierzy. Jak długo trwała kaźń Polaków i jak długo trwaliśmy na tej przejmującej modlitwie – nie wiem. Słońce już zaszło, a my jeszcze klęczeliśmy. Było już ciemno, kiedy na ulicy usłyszeliśmy powracających niemieckich żołdaków. Musieli być pijani, bo wyli i wydzierali się nienaturalnymi głosami. A może była to ich radość z odniesionego „zwycięstwa” nad bezbronnymi. (…) To, co teraz przedstawię, jest relacją pani Anny Gostyńskiej z Boryszewa, która była naocznym świadkiem mordu żołnierzy. Sad owocowy, ogrodzony żywopłotem, który należał do rodziny Gostyńskich, był oddalony od miejsca kaźni o około 200 metrów. Anna Gostyńska ukryła się wśród zarośli i obserwowała. Mówiła, że przyprowadzono polskich żołnierzy nad grób, wcześniej wykopany w południowej części glinianki. Żołnierze zostali ustawieni twarzą do grobu. Wśród nich widziała młodego chłopaka w harcerskim ubraniu, trzymał się za ręce z jednym z żołnierzy. Już wcześniej Niemcy przyprowadzili ks. Wacława Rączkę, proboszcza z Kozłowa Biskupiego. Ksiądz w sutannie i stule spowiadał, udzielał rozgrzeszenia i tak trwał do końca kaźni/ Pani Anna Gostyńska mówiła, że po zakończeniu mordu Niemcy, dla szyderstwa, włożyli kapłanowi worek z piachem czy też kamieniami i kazali uciekać do domu. Musiał to być straszny widok. Zbolały kapłan w stule, z ciężarem na ramionach – idzie drogą jak Pan Jezus z Krzyżem na Kalwarię. Pani Anna Gostyńska twierdziła, że chłopiec w harcerskim mundurku, który trzymał się żołnierza, został stracony wraz z nim”.

Wiosną 1940 r. sochaczewski Komitet PCK rozpoczął starania o ekshumację ciał żołnierzy rozstrzelanych na terenie glinianek cegielni w Boryszewie. W sierpniu tego roku, po długich rozmowach z władzami niemieckimi, otrzymano wreszcie zezwolenie, które opatrzono jednak kilkoma warunkami. Po pierwsze - przeniesienie zwłok miało odbyć się tylko przy udziale osób zatrudnionych przy ekshumacji. Po drugie - przy transporcie trumien na cmentarz w Kozłowie Biskupim nie mogła uczestniczyć ludność Boryszewa i okolicznych wsi. Po trzecie wreszcie – wszystkie prace związane z ekshumacją miały być wykonane na koszt PCK i mieszkańców Boryszewa. 8 listopada 1940 r. rozpoczęto ekshumację na cmentarz parafialny w Kozłowie Biskupim, oddalony o około 2 km od miejsca egzekucji. W czasie ekshumacji zwłok Aleksandra Mazurkiewicz znalazła kilka dokumentów i na ich podstawie ustaliła 15 nazwisk rozstrzelanych żołnierzy. Także proboszcz parafii w Kozłowie Biskupim na podstawie dokumentów ustalił kolejnych 5 nazwisk. Wszystkie dokumenty i spis nazwisk przekazano w 1946 r. do PCK i Starostwa w Sochaczewie. Poszukiwania kolejnych dokumentów jak również pytania kierowane do urzędów i instytucji, którym z racji swoich zainteresowań dokumentacyjno-badawczych mogły być znane nazwiska rozstrzelanych oraz nazwiska inspiratorów tej zbrodni nie dały żadnych rezultatów. Wobec braku źródłowych danych, nazwiska rozstrzelanych ustalono w oparciu o zeznania żyjących byłych żołnierzy bydgoskiego batalionu ON, przebywających w obozie jenieckim w Boryszewie. Duży wkład wniósł tu dyrektor Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy – Rajmund Kuczma, który przez wiele lat prowadził badania naukowe i interesował się losami żołnierzy 15 DP, w skład której wchodził m.in. bydgoski batalion ON. Dzięki niemu udało się ustalić pełną, imienną listę 50 żołnierzy zamordowanych w Boryszewie.

Do dziś nie wiadomo, kto był inspiratorem zbrodni dokonanej w Boryszewie i jaka jednostka Wehrmachtu jest za nią bezpośrednio odpowiedzialna. Egzekucja musiała jednak być przeprowadzona na rozkaz, lub przynajmniej za aprobatą dowództwa wojsk niemieckich. Wśród licznego zestawu rozkazów, podżegających do czynów zbrodniczych i sankcjonujących je, zwraca uwagę rozkaz Naczelnego Dowódcy Wojsk Lądowych gen. płk. Waltera von Brauchitscha, jaki 17 września dotarł m.in. do dowódców armii walczących nad Bzurą. Informował on, że „… jednostki polskie, które wzięły udział w haniebnych wydarzeniach bydgoskich, zostały otoczone w rejonie Kutno – Warszawa, Taki wróg zdolny jest do każdej podłości i nie zasługuje na to, aby go oszczędzano”. W istocie Naczelny Dowódca Wojsk Lądowych nawoływał otwarcie do niehonorowania przywilejów przysługujących jeńcom polskim na mocy traktatów i konwencji międzynarodowych i nawoływanie to w konsekwencji przyniosło krwawe następstwa. Jak wiadomo w bitwie nad Bzurą Grupą Armii „Południe” dowodził gen. płk Gerd von Rundstedt, a jego szefem sztabu był gen. por. Erich von Manstein. Na nich właśnie oraz na dowódcę 8 armii gen. piech. Johannesa Blaskowitza spada pełna odpowiedzialność za zaistniałe fakty. Niemcy, popełniając tę zbrodnię, złamali nie tylko podpisane i ratyfikowane przez siebie, międzynarodowe konwencje ustanawiające humanitarne reguły postępowania wobec jeńców (m.in. „Regulamin praw i zwyczajów wojny lądowej’ z 18.X.1907 r. – tzw. IV Konwencję Haską i Konwencję Genewską z 27.VII.1929 r. „O traktowaniu jeńców wojennych”) ale również i zwyczaje przyjęte przez cywilizowane narody: odmówienie możliwości obrony, nie udzielenie „ostatniego słowa” skazanym i wykonanie wyroku natychmiast po jego zapadnięciu, bez możliwości odwołania. Za rozstrzelanie niewinnych polskich jeńców w Boryszewie 22 września 1939 r. nikt do tej pory nie poniósł odpowiedzialności, chociaż Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi, Instytutu Pamięci Narodowej w 1986 r. prowadziła śledztwo w powyższej sprawie, zbierając materiały dowodowe, a w 1987 r. przekazała zebraną dokumentację władzom ścigania RFN .


(Leszek Nawrocki, fragment jego publikacji poświęconej wydarzeniom września 1939 roku w Sochaczewie)

 

A A A
20-09-2019
godz.18:45
 


nadchodzące wydarzenia

piątek, 24.09.2021 r. 3345552 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms    
wypisz się
polecamy