Sochaczew Sochaczew Sochaczew
Kariera długodystansowca

Z adwokatem Wojciechem Błaszczykiem, prezesem stowarzyszenia Amici Curiae, które powstało aby bronić przed likwidacją małych sądów, m.in. sądu w Sochaczewie, Sochaczewianinem Roku 2012 i właścicielem kancelarii adwokackiej w Warszawie, rozmawia Jolanta Śmielak-Sosnowska.

 

Czy sprawa małych sądów, zlikwidowanych reformą byłego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina, jest już definitywnie zakończona?

Nie jest zakończona, choć mam nadzieję, że obecny minister sprawiedliwości wywiąże się z obietnicy. Przypomnę, że 1 stycznia minister Grabarczyk przywrócił 41 sądów rejonowych ze zlikwidowanych 79. Jednocześnie zobowiązał się, że 1 lipca 2015 r. przywróci około 30 kolejnych. Oznaczałoby to, że tak naprawdę to reforma Gowina została zlikwidowana, a nie sądy.

 

Ile za te decyzje zapłacą podatnicy?

Pewnie kilka milionów złotych. Ale poza kosztami likwidacji, a później przywracania sądów, mieliśmy do czynienia z ogromnym zamieszaniem, przede wszystkim w środowisku sędziowskim. Sprawa dwukrotnie stawała przed Trybunałem Konstytucyjnym, Sąd Najwyższy rozpatrywał skargi kilkuset sędziów na przenoszenie ich do innych sądów. W gruncie rzeczy przez długi czas wymiar sprawiedliwości zajmował się sobą, a nie tym, co leży w jego obowiązkach.

 

Ówczesny minister tłumaczył, że reforma jest konieczna, aby zlikwidować układy i powiązania towarzysko-instytucjonalne na poziomie powiatowym. Że tu się ulokowały jakieś koterie, co może mieć wpływ na merytoryczny poziom orzekania sądów.

Nie zgadzam się z tym zarzutem. Nie znam przykładów, które potwierdzałyby tezę byłego ministra. Moim zdaniem sądownictwo wymaga zmian, ale nie rozumiem dlaczego jedynie na tym najniższym szczeblu, a nie na poziomie sądów apelacyjnych i okręgowych.

 

Ma Pan na myśli jakieś konkretne rozwiązania?

Osobiście jestem zwolennikiem dwuszczeblowego sądu. Obrazowo mówiąc, zupełnie wystarczyłyby sądy rejonowe i wojewódzkie, ale nie chciałbym tutaj rozwijać tego tematu. Minister Gowin zajął się dobrze działającymi najmniejszymi sądami, zapominając o reformie takich molochów, jak sądy rejonowe w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu.

 

Czy Pana stowarzyszenie ma jeszcze coś do zrobienia w kwestii sądownictwa?

Jeśli chodzi o małe sądy, to w zasadzie zrobiliśmy wszystko, co było możliwe. Czekam na rozporządzenie ministra Grabarczyka przywracające pozostałe sądy zlikwidowane decyzją Jarosława Gowina. Precyzyjnie mówiąc nie zostanie przywróconych jedynie około dziesięciu małych sądów, ale w ich wypadku  zrezygnowaliśmy z dalszej walki. Jest natomiast drugi aspekt działalności stowarzyszenia – pozasądowa pomoc prawna z urzędu. Miała ona dotyczyć bezpłatnego poradnictwa prawnego dla osób niezamożnych. Tej działalności nie uruchomiliśmy, bo, szczerze mówiąc, po długiej i efektywnej walce o małe sądy, z ludzi działających w stowarzyszeniu trochę zeszło powietrze. Ciężko nam się zabrać za organizację tej formy pomocy, ale wiem, że ministerstwo sprawiedliwości pracuje nad tym zagadnieniem.

 

Porozmawiajmy o innej ustawie, która również wchodzi w życie 1 lipca. Chodzi o reformę procedury karnej.

I tutaj, o ile krytykowałem ministra Gowina za decyzje w sprawie małych sądów, o tyle w tym względzie chcę go pochwalić. Bo to za jego czasów przygotowano i przyjęto ustawę.

 

Na czym mają polegać zmiany?

Główna zmiana ma charakter filozoficzny. Chodzi o zasadę kontradyktoryjności, według której spiera się obrona z oskarżeniem. Sąd jest od wydawania rozstrzygnięć, a nie od przeprowadzania z urzędu postępowania dowodowego. Do tej pory było tak, że prokuratura wnosiła akt oskarżenia i w trakcie procesu zachowywała się dość biernie. Często obrona zgłaszała wnioski dowodowe, a na sądzie spoczywał obowiązek dążenia do ustalenia prawdy materialnej. Teraz to sąd będzie się zachowywał w procesie pasywnie. Będzie oczekiwał na dowody od oskarżenia i obrony, a sam będzie tylko arbitrem.

 

Czyli amerykański model roli sądu.

No właśnie, jak oglądamy amerykańskie filmy, to widzimy, że aktywne są dwie przeciwstawne strony procesu i na nich ciąży obowiązek przedstawienia dowodów winy bądź niewinności. Sędzia jest od oceny tego materiału.

 

To rzeczywiście zupełne odwrócenie ról i duże wyzwanie dla prokuratury i obrońców.

Zapewne dlatego ustawa miała tak długi okres wejścia w życie. Chodziło o to, aby wszystkie strony mogły się do niej przygotować.

 

I jako adwokat czuje sie pan przygotowany?

Przyznam szczerze, że poza wyjątkowymi sytuacjami, kiedy chodziło o umieszczenie klienta w areszcie, adwokaci też nie mieli wiele pracy przed procesem. Wnioski dowodowe były składane w zasadzie dopiero na rozprawie. Teraz adwokat będzie je przygotowywał na etapie śledztwa. Czy jestem dostatecznie przygotowany? Mam nadzieję, że tak. W każdym razie jestem zwolennikiem nadchodzących zmian, bo to szansa dla dobrych adwokatów.

 

A co powinni wiedzieć uczestnicy procesu karnego, którzy staną przed sądem po 1 lipca?

Przede wszystkim to, że przysługuje im obrońca z urzędu i to już na etapie postępowania przygotowawczego. Z tym, że co prawda na początku koszty obrony weźmie na siebie państwo, ale po zakończonym procesie obciąży nimi osobę korzystającą z adwokata.

 

Czy w takim razie dla wszystkich wystarczy obrońców? Jeszcze niedawno mówiło się o tym, jak trudny dostęp do adwokatów mają przeciętni obywatele.

Rzeczywiście tak było, ale przed otwarciem dostępu do zawodu. Od 10 lat sukcesywnie wzrasta liczba prawników, a dodam, że po 1 lipca w charakterze obrońców będą mogli występować także radcowie prawni. I to jest kolejna zmiana wprowadzona reformą, o której rozmawiamy. Radcy prawni są dwukrotnie większą grupą zawodową niż adwokaci. Poza tym co roku na rynek pracy wchodzi kilka tysięcy młodych adwokatów. Na pewno więc klienci nie powinni narzekać na brak wsparcia prawnego. Inną sprawą jest to, że ilość nie zawsze przekłada się na jakość świadczonych usług.

 

Ale zawsze klienci mają wybór między lepszym a gorszym obrońcą. A poza tym duża ilość adwokatów zapewne przekłada się na cenę ich usług. Czy Pan już odczuł w swojej kancelarii siłę konkurencji?

Powiem inaczej, nie ma tygodnia, żeby do mojej kancelarii nie trafiała chociaż jedna aplikacja młodego prawnika, który szuka pracy. Co więcej, chcą pracować za darmo, żeby tylko zdobywać praktykę.  Zapomnijmy więc o micie krociowych zarobków w tym zawodzie.

 

Brutalnie mówiąc, tania siła robocza.

No tak to wygląda z punktu widzenia adwokata z pewną pozycją na rynku. Może wybierać i przebierać, ale sytuacja tych młodych ludzi jest rzeczywiście trudna. Z jednej strony państwo otworzyło im drzwi do zawodu, z drugiej nie zapewniło odpowiedniego rynku pracy. Być może po 1 lipca to się zmieni, chociaż już dzisiaj wiem, że stawki proponowane za obronę z urzędu nie przyprawiają o zawrót głowy. Więc jeśli ktoś rozpoczyna właśnie studia prawnicze i myśli, że rok po ich zakończeniu będzie ustawiony, to się grubo myli. Poza tym, pozycji na rynku nie zdobywa się od razu. Droga do własnej kancelarii trwa ok. 10 lat.

 

W Pana przypadku też tak było?

Oczywiście. Adwokatem zostałem w wieku 31 lat, wcześniej byłem asystentem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, aplikantem, a myśl o własnej kancelarii przyszła wiele lat później. A czym jest budowanie kancelarii? To po prostu zdobywanie klienteli, co też nie przychodzi łatwo.

 

Ale  Panu się udało. Ma Pan za sobą wiele trudnych spraw przed różnymi sądami, także przed Trybunałem Konstytucyjnym, przed jedną z sejmowych komisji śledczych.

Bo ja mam mentalność długodystansowca, co potwierdza moją wcześniejszą tezę, że wszystko wymaga czasu i pracy. Nie stawiam na ilość spraw. Wolę przyjąć mniej zleceń, ale poprowadzić je dobrze. A do katalogu spraw, które Pani wymieniła, dołożę jeszcze sprawy o zabójstwo, które nie były moim wyborem. Otrzymałem je z urzędu, bo adwokat, w przeciwieństwie do lekarza, nie może się zasłonić klauzulą sumienia. Nawet jak mu się nie podoba klient lub czyn, który popełnił.

 

Jak duża jest Pańska kancelaria?  

Kilkuosobowa. Ja mam to szczęście, że tworzymy kancelarię rodzinną. Pracuje w niej moja żona, syn został niedawno jej wspólnikiem, a córka, która się wyłamała i skończyła geografię, teraz stwierdziła, że jednak chciałaby zostać prawnikiem i jest na drugim roku prawa na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Widzi Pan zalety takiej firmy?

Widzę wsparcie wynikające z więzów rodzinnych, choć są oczywiście różnice zdań, zwłaszcza w podejściu do zawodu. Ja byłem wychowany w etosie adwokatury jako misji. Natomiast młode pokolenie patrzy na ten zawód jak na zwykły biznes, co samo w sobie nie jest naganne, ale różni się od mojego spojrzenia. Mój syn Paweł, mimo że także dorastał w etosie zawodu, jest adwokatem, poza tym zrobił doktorat z prawa gospodarczego na Uniwersytecie Jagiellońskim, ma nieco inne oczekiwania. Bardziej nowoczesne. Przykłada wagę do wizerunku kancelarii, większego otwarcia na klientów, a swoje miejsce pracy traktuje jak firmę, którą cały czas trzeba rozwijać i unowocześniać. Ale mamy jedną wspólną zasadę, że warto być małą kancelarią do dużych spraw.

 

Ziemia Sochaczewska

A A A
03-04-2015
godz.08:46
 


nadchodzące wydarzenia

środa, 22.09.2021 r. 3343116 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms    
wypisz się
polecamy