Czas poświęcony ZHP ma sens

Krzysztof Wasilewski to już żywa legenda. Honorowy Obywatel Sochaczewa, wychowawca wielu pokoleń dzieci i młodzieży, działacz społeczny. Jego osiągnięcia można by jeszcze długo wymieniać. Pod koniec ubiegłego roku rozstał się z funkcją komendanta sochaczewskiego hufca, ale nie znaczy to, że rozstaje się z harcerstwem.

Sześćdziesiąt lat to szmat czasu, ale sześćdziesięciolecie to piękna rocznica.

Nie można obchodzić takich rocznic, bo ktoś jeszcze pomyśli, że człowiek jest stary (śmiech).

Wcale nie wygląda pan na osobę starą, a w przyszłym roku minie sześćdziesiąt lat od kiedy związany jest pan z harcerstwem, z czego trzydzieści lat pełnił pan funkcję komendanta sochaczewskiego hufca.

No tak. Harcerzem zostałem w szkole podstawowej w Chodakowie w czasach, kiedy Chodaków był jeszcze przyfabrycznym osiedlem. Kierownikiem mojej podstawówki był harcmistrz Stanisław Adamiec, pełniący funkcję pierwszego powojennego komendanta hufca na naszym terenie. To on w 56 roku, podczas zorganizowanego przez Aleksandra Kamińskiego Zjazdu Łódzkiego zadeklarował powołanie drużyny harcerskiej w naszej szkole. Tak też zrobił, a ja zostałem członkiem tej drużyny.

Dlaczego zainteresował się pan właśnie harcerstwem?

To było dla mnie powrotem do tradycji rodzinnych. Moja mama również, oczywiście sporo wcześniej, była w drużynie w szkole w Chodakowie. Nie zapomnę, jak z delegacją miasta pojechałem do Okopów Świętej Trójcy na Ukrainie. Tam w 1936 roku ze swoją ówczesną drużyną na obozie harcerskim była moja mama. Opowiadała mi o tym miejscu. Przed wojną zbiegały się tam trzy granice – polska, rumuńska i sowiecka. Kiedy się tam znalazłem, te opowieści do mnie wróciły. Bardzo żałowałem, że mama już nie żyła i nie mogłem się z nią tym podzielić.

A jak wyglądało pana przystąpienie do ZHP?

W 1961 roku wyruszyłem z Chodakowa razem z zaplanowanym na cały miesiąc obozem wędrownym. Pamiętam każdy etap tej wyprawy. Najpierw koleją wąskotorową do Sochaczewa, potem pociągiem parowym do Błonia, gdzie przesiedliśmy się w pociąg elektryczny do Warszawy, dalej Ostróda, Elbląg,  Zalew Wiślany, Trójmiasto. W drodze powrotnej zwiedziliśmy Toruń, Gniezno, Kujawy. Ale z całej tej wyprawy najwyraźniej wspominam noc na cmentarzu w Aleksandrowie Kujawskim. Ta nekropolia znalazła się pod koniec wojny pod bombardowaniem i nie została jeszcze odbudowana. Szliśmy z latarkami między tymi lejami po bombach, w których widać było ludzkie kości, czaszki. Noc była księżycowa i właśnie w takich okolicznościach, przy ognisku, złożyłem przyrzeczenie harcerskie. Nadal przechowuję książkę, którą otrzymałem z tej okazji.

Studiował pan w Warszawie. To chyba utrudniało kontakt z sochaczewskim hufcem?

Już w szkole średniej uczyłem się w stolicy i niestety nie miałem częstego kontaktu z moją drużyną. Nie znaczy to jednak, że zrezygnowałem z harcerstwa. W roku 1970 zrobiłem kurs instruktorski w Hufcu Grodzisk Mazowiecki. Do Sochaczewa trafiłem po studiach w 1972 roku, kiedy to zacząłem pracę jako nauczyciel w „Osiemdziesiątce”. Obowiązujące wtedy przepisy wymagały, żeby w każdej szkole był instruktor odpowiedzialny za harcerstwo i ta rola przypadła mnie. Mieliśmy wtedy w szkole kilka drużyn. Działałem także w sochaczewskim hufcu.

Najwyraźniej był pan cenionym harcerzem, skoro powierzono panu stanowisko komendanta hufca.

Nie mnie to oceniać. W każdym razie rzeczywiście, w 1989 roku, w bardzo trudnym dla harcerstwa czasie, zostałem komendantem Hufca ZHP w Sochaczewie.

Dlaczego trudnym?

Delikatnie mówiąc harcerstwo nie wzbudzało wtedy zaufania z uwagi na to, że prowadziliśmy działalność w czasach poprzedniego ustroju i otrzymywaliśmy wsparcie ze strony ówczesnych władz. Dla mnie nie było to do końca zrozumiałe, bo ciężko mówić o naszym zaangażowaniu światopoglądowym w tamten ustrój, skoro co roku obchodziliśmy rocznicę powstania warszawskiego. W czasie wakacji na każdym obozie 1 sierpnia o 17.00 wyła syrena. W każdym razie objąłem funkcję komendanta w czasie wielkich przemian, również w samym harcerstwie. Powstały wtedy dwa nurty. Część instruktorów odeszła z ZHP i stworzyli Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej. Ja pozostałem w nurcie, który uważał, że nie można odcinać się od korzeni. Że można pewne rzeczy zmieniać, ale nie porzucać całej organizacji. Zostałem z ludźmi, którzy postanowili podjąć się tego trudu. W 1996 roku ZHP został przywrócony do Światowego Związku Skautów, którego przecież był jednym z założycieli przed wojną. Te pierwsze siedem lat pełnienia funkcji komendanta to dla mnie i moich współpracowników był czas, kiedy braliśmy udział w olbrzymich przemianach, ciągu zdarzeń, które wywarły duży wpływ na to, jaki kształt ma obecnie ZHP. 

Ten czas został najwyraźniej dobrze spożytkowany w sochaczewskim hufcu, skoro już w 1997 roku mogliście sobie pozwolić na zakup siedziby.

Przez długi czas to była walka o utrzymanie bliskiej sercu organizacji. Trzeba pamiętać choćby o tym, że w minionym ustroju ZHP otrzymywało na swoją działalność dotacje rządowe. Po przemianach to się ucięło i musieliśmy sami zorganizować finansowanie dalszej działalności. Poszukiwać środków na utrzymanie i nieśmiało myśleć o dalszym rozwoju. Rzeczywiście w ‘97 roku udało nam się zakupić budynek, gdzie znajduje się obecnie sochaczewski hufiec ZHP. Ale to dzięki sochaczewianinowi, który nas wtedy wsparł, zdecydowaliśmy się na zakup. Na początku harcówka potrzebowała dużych nakładów. Dzięki pomocy różnych osób i firm sukcesywnie udaje nam się ją remontować.

Ale mimo tych trudności organizowaliście np. zagraniczne wyjazdy.

Pierwsze kontakty zagraniczne udało mi się nawiązać dzięki koledze, który miał rodzinę w Niemczech. Zdobyliśmy kontakt do grupy skautów św. Jerzego działających pod Hamburgiem przy kościele katolickim.  To była taka pierwsza nasza wymiana, jak to się szumnie mówi „z Zachodem”. Najpierw oni przyjechali do nas do Łąkie. Byli zachwyceni, szczególnie możliwością rozbicia namiotu w lesie. Wszystko filmowali, bo bali się, że w Niemczech im nie uwierzą, że można mieć tak wspaniałe, naturalne warunki na obóz harcerski. Następnego roku pojechaliśmy do nich. Oczywiście tam warunki były zupełnie inne. Na olbrzymim, przeznaczonym dla około pięciu tysięcy osób, polu namiotowym pod Hamburgiem, mieliśmy wydzielony kawałek trawnika. Tam stały namioty, w tym namioty kuchenne. Na środku całego terenu znajdował się taki okrągły budynek, który nasza młodzież ochrzciła „Bastylią”. W środku były prysznice, pralki, a nawet miejsce, gdzie można było pranie uprasować. Był też oddział poczty. Słowem w porównaniu z naszym obozem dwa różne światy.

Od tych pierwszych wyjazdów zagranicznych dał się pan poznać jako świetny organizator. Potrafił pan zainspirować i pociągnąć za sobą pokolenia sochaczewian.

Wszystko co udało mi się zrobić, to właśnie zasługa tych sochaczewian. Co to za komendant hufca bez swoich ludzi? A może to ci ludzie są natchnieniem?

Może było to wzajemne oddziaływanie, jednak ktoś musiał tymi ludźmi kierować.

I to też mogło być wzajemne oddziaływanie, bo w pewnym zakresie oni też kierowali mną. To naprawdę od moich współpracowników wypływały najlepsze pomysły. Szczególnie od młodych ludzi. Weźmy taką WOŚP, której jak wiadomo jestem wielkim orędownikiem. Ale nie chcę, aby mówiono, że prężne działania WOŚP w powiecie sochaczewskim, to wyłączna zasługa Krzysztofa Wasilewskiego. To młodzież przyniosła tę ideę. Przyszli do mnie i mówią, że jest taka akcja i co ja na to. Myślę sobie, jak młodzież ma pomysł i chęci, żeby w to wejść, to my musimy im pozwolić tę pozytywną energię dobrze spożytkować. Ja tylko pomogłem na poziomie organizacyjnym. Udało się otworzyć w hufcu sztab i to był bardzo trafiony pomysł. Pojawiło się mnóstwo inicjatyw, olbrzymia chęć działania. Nie wszyscy wiedzą, że w pierwszych edycjach sami drukowaliśmy serduszka. Przecież to trzeba było jakoś zorganizować. Nie było tak łatwo jak dziś o drukarkę, a co dopiero o taką, która wydrukuje na odpowiednio grubym papierze z klejem. A ten nasz pierwszy klej to był taki, że jak już się na czymś przykleiło, to na amen (śmiech). Te wszystkie rzeczy, które przecież dziś przychodzą do nas gotowe, trzeba było od podstaw zorganizować. Zdobyć kontakty, przetrzeć szlaki.

Ostatnio można odnieść wrażenie, że wspomniana akcja nie ma najlepszej prasy.

Ja robię swoje. Nie będę się zadręczał, że gdzieś ktoś na ulicy powiedział coś niepochlebnego o WOŚP. Przecież ma prawo mieć inne zdanie niż ja. Nie będę się z nim kłócił, bo po co?

Wracając do sposobu, w jaki prowadził pan sochaczewski hufiec, przecież nie sprowadzał się on tylko do umożliwiania młodym ludziom wdrażania ich pomysłów.

Przyjąłem taką zasadę, żeby stwarzać swoim podopiecznym warunki do rozwoju. Poprzez np. wyjazdy, budowanie nowych kontaktów. Pamiętam, jak była 150 rocznica powstania styczniowego. Otrzymałem z Warszawy telefon z propozycją, żebyśmy przyjechali na te uroczystości do kwatery powstania styczniowego na Powązki. Skorzystaliśmy z zaproszenia i zrobiliśmy asystę przy głównej kwaterze na nekropolii. Przed każdym krzyżem stał harcerz i trzymał znicz. W momencie kiedy prezydent składał kwiaty na tym głównym grobie, każdy harcerz odwrócił się i postawił znicz przy swoim krzyżu. Pamiętam, że uroczystości przebiegały przy sporym mrozie, było chyba minus 10 stopni Celsjusza, nieprzyjemny wiatr i wilgoć. Przeszedłem wśród tych wart i zobaczyłem, że większość z moich harcerzy nie ma rękawiczek. Podchodzę do jednego, lekko się nachylam i konspiracyjnie pytam „Gdzie masz rękawiczki?”. Pada odpowiedź „Nie mam.” „Jak to nie masz?” „Ja nie noszę rękawiczek.” No ścięło mnie. Oni tam stali w tym zimnie 40 minut. Wytrzymali wszyscy bez najmniejszego marudzenia. Po wszystkim wsiedliśmy do autokaru, gdzie podziękowałem za znakomite wywiązanie się z zadań i uświetnienie uroczystości. I zażartowałem, że po tym wszystkim, to już pewnie nie dadzą się namówić na taki wyjazd. A tu wielkie zdziwienie „dlaczego?”. Byli zachwyceni, że mogli uczestniczyć w tak podniosłych i ważnych uroczystościach. Przykłady, kiedy młodzi ludzie z zapałem angażują się w takie przedsięwzięcia można mnożyć. 31 lipca byliśmy w Belwederze na spotkaniu władz państwowych z uczestnikami powstania warszawskiego. Nasza młodzież pomagała przy przeprowadzeniu tej uroczystości. W lipcu dwa lata temu wzięliśmy udział w uroczystościach na skwerze wołyńskim w rocznicę rzezi wołyńskiej. Nasi harcerze wzięli udział w obsłudze trybuny prezydenckiej podczas Defilady Stulecia. Tradycyjnie jeździmy na Monte Cassino. Braliśmy też czynny udział w obchodach wyzwolenia Imolii, Bolonii, Ancony, Bredy. Według mnie jak najpełniejsze uczestnictwo w takich wydarzeniach znakomicie kształtuje młode charaktery. Bezinteresowna służba, ale też zdobywanie obycia, nauka cierpliwości. Nabycie umiejętności znalezienia się w pewnych sytuacjach.

Współdziałał pan z kilkoma pokoleniami sochaczewian. Spotyka pan czasem swoich wychowanków? Jakie to uczucie?

Zdarza się, że spotykam osoby sprzed lat i widzę, że dobrze sobie radzą. Dobrze się rozwinęły. Wierzę, że to w pewnym stopniu dzięki wartościom wpojonym im w harcerstwie. Taki widok to największa satysfakcja. Jakby potwierdzenie tego, że czas poświęcony ZHP miał sens i nie był czasem straconym. I… starczy, bo się rozkleję.

Największy sukces?

Fakt, że udało się zbudować tak wspaniałą i dobrze funkcjonującą wspólnotę. Mamy swoją siedzibę, która jest naszą własnością. Mamy środowisko przyjaznych ludzi, które nas wspiera. Naszych przyjaciół, osoby luźno związane z hufcem. Mamy wreszcie wspaniałych instruktorów. Dzięki zaangażowaniu tych wszystkich ludzi powstawała nasza baza obozowa w Łąkie. Pamiętam, jak Julek Tasiecki stawiał tam wiatę na stołówkę, a jak się później okazało - jednocześnie świetlicę, a w niedzielę kościół, bo tam odbywają się też msze polowe. Były tam osoby przekonane, że ta wiata nie postoi nawet do następnego lata, a stoi już ponad dwadzieścia lat i ma się dobrze, co znakomicie świadczy o zmyśle technicznym druha Tasieckiego i osób, które mu pomagały.

A zdarzały się momenty zwątpienia?

Nie miałem takich momentów. Ale zdarzały się sytuacje, kiedy myślałem, że nie dam rady. Kiedyś, żeby zorganizować obóz, trzeba było wczesną wiosną zebrać wymagane pieczątki oznaczające uzyskanie pozwolenia. Chodziło o takie instytucje jak sanepid, urząd gminy, w której obóz ma się odbyć, kuratorium itp. I pamiętam taki rok, kiedy zgodnie z wymogami odwiedziłem wymagane miejsca, zebrałem wszystkie pieczątki, więc miałem spokojną głowę, że wszystko się odbędzie. A tu nagle w maju odbieram telefon z Bytowa z sanepidu i dowiaduję się, że zgodnie z nowym rozporządzeniem Głównego Inspektora Sanitarnego Kraju, obozy pod namiotami liczące więcej niż 25 uczestników muszą mieć toalety spłukiwane wodą. W pierwszym momencie za głowę się złapałem.

Wszystko właściwie na chwilę przed zaplanowanym obozem.

Myślałem, że nie ma szans, żeby to w takim czasie zorganizować. Wtedy ludzie bardzo się zmobilizowali i myślimy, jak to urządzić? Opracowaliśmy plan i zaczęliśmy bardzo szybko działać. W Sochaczewie było takie miejsce, gdzie leżały od długiego czasu kręgi betonowe, chyba z 20 albo więcej. Zacząłem się wypytywać, czyje to jest. Udało mi się ustalić właściciela i uzyskać zgodę na ich zabranie. Ale pojawił się problem z przewiezieniem tych ciężkich elementów. W końcu udało się zorganizować też transport. W środę załadowaliśmy to wszystko dźwigiem i na miejsce obozu udało nam się dotrzeć w nocy. W czwartek wypadało Boże Ciało. Uznaliśmy, że w święto nie wypada robić takich rzeczy. W piątek od samego rana wzięliśmy się ostro do pracy. Tak nam się śpieszyło, że pierwszy krąg potłukł się przy zdejmowaniu z samochodu. Następne traktowaliśmy już ostrożniej. Do niedzieli udało nam się te kręgi wpuścić w ziemię metodą podkopywania, czyli używając tylko łopat i siły naszych mięśni. Stworzyliśmy pięć studni i szóstą zbiorczą. U miejscowego stolarza zamówiłem kabiny. Był już początek czerwca, a obóz zaplanowany był na końcówkę miesiąca. W następnym etapie, w kolejny weekend, stawialiśmy te kabiny. W następny, tuż przed samym obozem, montowaliśmy instalację, która polegała na tym, że na jeziorze była rzucona pompa pływająca, która pompowała wodę do zbiornika, a ze zbiornika woda dochodziła do zbudowanych przez nas toalet. Nieźle nam to wyszło. W tych kabinach były ustawione muszle, które normalnie można było spłukiwać wodą. W ten sposób od chwili zwątpienia, czy takie przedsięwzięcie jest wykonalne, do momentu, kiedy wszystko było gotowe, minął zaledwie miesiąc. Kiedy na kontrolę przyjechała inspekcja z sanepidu, panie były zszokowane. Nie mogły pojąć, jakim cudem udało nam się to tak szybko zorganizować.

Pana plany na przyszłość?

Trzeba dokończyć remont harcówki. A ZHP będę wspierał dopóki sił mi wystarczy.

Rozmawiał Sebastian Stępień

A A A
12-02-2020
godz.14:01
 


nadchodzące wydarzenia

poniedziałek, 17.02.2020 r. 2738729 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms     wypisz się
polecamy