Filmowcy przewrócili Sochaczew do góry kominami

... czyli wspomnień Macieja Bieguńskiego ciąg dalszy

Był rok 1949. Wówczas to wojenna zawierucha rzuciła mają matkę, lekarza pediatrę, do Sochaczewa. W owym czasie oddział dziecięcy Szpitala Powiatowego mieścił się w zarekwirowanej przez władze PRL prywatnej willi położonej przy ul. Orzeszkowej 6 (obecnie ul. Hanki Sawickiej), znacznie później przejętej przez Komitet Powiatowy PZPR. Willa ta stanowiła własność rodziny Ossowskich, a sochaczewianie wprost nazywali ją "willą pani Ossowskiej". Do willi przylegał duży, wspaniały sad z pięknie utrzymanymi drzewami gruszy, śliw, wiśni i jabłoni. Wiosną pokrywało je kwiecie tak bogate, że spadające z drzew białe płatki sprawiały wrażenie śniegu. Dziś nie ma już sadu, a na tym terenie są budynki sklepowe i Hotel "Chopin".
Pamiętam Sochaczew roku 1949, kiedy to pierwszy raz przybyłem tu na wezwanie matki. Kończyłem właśnie siódmą klasę szkoły podstawowej w Warszawie. Okrutnie okaleczone przez wojnę miasteczko pełne było niekończących się sadów i ogrodów. To właśnie one sprawiały, że w ich kwieciu i listowiu ginęły straszliwe rany zadanie miastu przez wojnę. (...)
Przypomnijmy, że obok zagłady sochaczewskich Żydów i spalenia ich miejsc kultu - synagog, zniszczone zostały tutaj także wszystkie świątynie katolickie. W miejsce zniszczonych kościołów zaadaptowano na cele sakralne strażacką remizę, którą nazywaliśmy "białym kościółkiem". W czasie wielkanocnych rezurekcji dzieci i młodzież Sochaczewa "grzmiała" odpalając klucze, rurki i rury wypełnione wybuchowym "kalafiorkiem" (siarką wymieszaną z chlorkiem potasu). Walenie tych kluczy, rur i rurek tworzyło piekielny hałas, jaki towarzyszył porannej procesji, zagłuszający nawet słowa kapłana. Wobec wydanego wówczas nakazu PZPR rezurekcyjna procesja musiała ograniczyć się do najbliższego sąsiedztwa owej białej, improwizowanej świątyni. Kapłan niosący monstrancję wychodził więc z kościółka, zatrzymując się obok kamiennej figury stojącej naprzeciwko obecnego Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą. Po odśpiewaniu "Wesoły nam dzień dziś nastał" oraz okrążeniu figury, procesja wracała do wypełnionego po brzegi kościółka. Oceniam, że wówczas mieściła się w nim zaledwie połowa pragnących uczestniczyć w nabożeństwie (...). Główny tłum wiernych zalegał na zewnątrz. Przypomnę też, że zabroniona w szkole nauka religii, odbywała się w przylegającym do kościoła drewnianym baraku. Pan organista pouczał nas zawsze na temat kościelnego śpiewu mówiąc: "kto w kościele śpiewa, ten modli się dwa razy".
Tamten biały kościół, jak i dzisiejszy murowany wyzierał na główny rynek miasta. W odróżnieniu od dzisiejszego - pięknego i zadbanego, tamten sprawiał dość przygnębiające wrażenie. Jedynym elementem jego krajobrazu był właściwie wspomniany kościółek oraz dzisiejsze muzeum. Znajdował się tam też przystanek PKS, zaś przy ul. Staszica znajdowała się Gospoda Ludowa Kategorii Trzeciej, sklep GS z wiadrami, sznurem konopnym oraz sprzedawcą, oraz narożna apteka. Wszystkie apteki odebrano wtedy ich właścicielom i zaczęło prowadzić je państwo. (...)
W mieście stacjonowali też Rosjanie. Ich oddział kwaterował w budynku przy ul. Staszica (...). Zajmowali znaczny teren, ciągnący się aż do zbocza Bzury. Graliśmy z nimi w piłkę siatkową. Był to oddział Armii Czerwonej odpowiedzialny za łączność telefoniczną na terenie Mazowsza.
W 1950 roku rozpocząłem naukę w "ogólniaku". Maturę z wynikiem ogólnym dobrym plus otrzymałem w klasie Pani Profesor Górkowej. Szkoda, że budynek szkoły nie zachował swojej neoklasycystycznej formy.
My jednak wracamy teraz ze szkoły, a przekraczając ul. Warszawską kierujemy się wzdłuż ul. Staszica w stronę Trojanowa. Zapamiętałem sklepik pani Mroczkowskiej. Moja mama poleciła mi kupić tam kiedyś pół kilo cementu i torbę kredy - nie było wtedy gotowych farb. Cement zużyty został przez nas do reparacji ścian, a kreda do pobielenia sufitu. Przy ul. Staszica mieściła się także piekarnia Gruberskich, a w narożnym budynku małego rynku, sklep mięsny Janiszewskich. Przed tym sklepem po kartkowe i przyrosłe do kości mięsne ochłapy ustawiała się kolejka kobiet i to już od trzeciej nad ranem. Wśród nich były moja siedemdziesięcioletnia babcia i matka doktora, ordynatora Oddziału Dziecięcego.
W Małym Rynku przy ul. Staszica mieścił się, dziś nie istniejący już, drewniany budynek straży pożarnej, nad którym górowała wieżyczka obserwacyjna dyżurującego strażaka. Pożary chałup w okolicznych wioskach, zwłaszcza w okolicach Bożego Narodzenia, były powszechne. A było to następstwem woskowych świeczek zapalanych na choinkach. Drugą przyczyną były wyładowania atmosferyczne. Wówczas to rozpoczęto batalię o zabezpieczanie domostw odgromnikami.
Tymczasem, o ile dobrze pamiętam, w roku 1951 lub drugim gruchnęła wieść, która zelektryzowała cały Sochaczew. Do miasta miał zjechać jeden z najsłynniejszych europejskich reżyserów - sami wielki Fellini. Powiadano, że Fellini, odwiedzając wcześniej Żelazową Wolę, zwrócił uwagę na zabytkową architekturę sochaczewskiego Małego Rynku wraz ze strażą. Tutaj też zaczęto wznosić konstrukcję średniowiecznego Gesthausu, czyli karczmy i gospody w jednym. Ekipa filmowa z wielkim Fellinim i Guliettą Masiną, kamery, jupitery oraz cała włoska ekipa była dla sochaczewian czymś, czego dzisiaj nie sposób wyrazić słowami! Fellini przewrócił Sochaczew do góry kominami, bo mało powiedzieć, że nogami!
A sięgając do plotek i ploteczek, następstwem pobytu Włochów w mieście stało się MORDERSTWO. Otóż pewien mieszkaniec Sochaczewa w zazdrości dla niewierności swojej młodej żony, która wdała się ponoć w romans z jednym z Włochów, dokonał zabójstwa. Wstrząsnęło to miastem. Ale nie było to jedyne następstwo pobytu Felliniego w Sochaczewie. Kilka miesięcy później przyszły na świat dziatki o wyraźnie toskańskiej, nie zaś słowiańskiej urodzie. Miasto więc huczało i buczało, a sprawy wokół włoskiego kina pomnażano w dziesiątkach niewybrednych opowieści. Nie wiem więc do dzisiaj, ilu sochaczewian posiada w sobie i nadal przekazuje następnym pokoleniom "italskie geny" wywodzące się w ekipy filmowej Felliniego.


Od redakcji:
W świadomości wielu mieszkańców wydarzenia te faktycznie funkcjonują jako wizyta ekipy Felliniego - prawdopodobnie dlatego, że twórczość wybitnego reżysera kojarzona jest z rolami jego żony Gulietty Masiny. W Sochaczewie w 1959 roku pracowała jednak ekipa Victora Vicasa, która kręciła film "Jons und Erdme", właśnie z Massiną w roli głównej. Dramat nie zyskał jednak zbyt dużej popularności, nie udało nam się też znaleźć jego kopii. Być może któryś z naszych czytelników wie, gdzie można taką zdobyć?

A A A
11-08-2017
godz.14:19
 


podobne wiadomości

nadchodzące wydarzenia

piątek, 15.12.2017 r. 1788671 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms     wypisz się
polecamy