Roztańczony Sochaczew

Kontynuujemy wakacyjny cykl wspomnień, których autorką jest Barbara Sobkowicz, miłośniczka kawiarnianych klimatów. W swej opowieści przypomina nam, jak wyglądało życie towarzyskie powojennego Sochaczewa, gdzie lubili bywać jego mieszkańcy, które lokale cieszyły się dobrą, a które złą sławą. Tym razem poznajemy miejsca do tańca.

"Malinka", o której pisałam w poprzednim wydaniu, nie odznaczała się jakimś szczególnie wykwintnym wystrojem wnętrza, nie był to obszerny lokal, miał niezbyt duży parkiet do tańca, ale w latach 60. był miejscem kultowym. Prowadzony przez PSS "Społem" z doskonale pełniącą swoją funkcję kierowniczki panią Zofią Czubak, z na ogół miłą i życzliwą obsługą i przede wszystkim z dobrym, niezbyt drogim jedzeniem, dla wielu sochaczewian był doskonałym miejscem częstych spotkań.

A jak chciało się z całą pasją i rozmachem potańczyć, to można było iść "Pod Trupka" lub "Na Bloki". Pierwszy z lokali, też prowadzony przez PSS "Społem", swoją nieoficjalną nazwę zawdzięcza usytuowaniu przy ul. Traugutta vis a vis parafialnego cmentarza. Była to kawiarnia mieszcząca się na piętrze budynku należącego do PSS. W dosyć dużym pomieszczeniu środek zajmował okazały parkiet do tańca, a po bokach ustawione były czteroosobowe stoliki. Był też podest dla grającego zespołu. Ten lokal był odwiedzany głównie przez młodzież.

Pełna demokracja związana z wiekiem (i nie tylko) gości panowała "Na blokach", czyli w klubie garnizonowym. Był to budynek wojskowy, gdzie mieściło się kasyno, kino "Błękit" i sala dancingowa. Tańce odbywały się tu w każdą sobotę, a chętnych było tak dużo, że trzeba było pojawiać się dużo wcześniej przed imprezą, żeby dostać stolik.
Tu bywałam w latach 60. często, bo było to miejsce, w którym można się było dobrze zabawić. Tutaj także moje koleżanki i koledzy wyprawiali swoje imieniny i obchodzili inne uroczystości.

Mówiąc o tańcach i lokalach, w których się one odbywały, należy wspomnieć, że w każdym z nich grała muzyka "na żywo". W każdym był bardzo dobrze grający zespół wykształconych muzyków, często posiadający swojego wokalistę. Była więc dobra muzyka i to zachęcało ludzi do zabawy. A w ogóle nieuczestniczenie w tańcach, niebywanie w "Malince" czy "Stokrotce" lub innym popularnym lokalu, nieobecność na organizowanych prywatkach oznaczało coś w rodzaju wypadnięcia z obiegu towarzyskiego. I tego staraliśmy się unikać. Mimo jednak tak wielu rozrywek, był czas na naukę i na pracę. Była młodość! A może nie było "wyścigu szczurów"?

Barbara Sobkowicz

A A A
03-08-2017
godz.22:20
 


podobne wiadomości

nadchodzące wydarzenia

piątek, 15.12.2017 r. 1788671 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms     wypisz się
polecamy