Prześlizgując się przez nuty
wiadomość pochodzi z:  „Ziemia Sochaczewska”

Ostatni występ Joanny Rolewskiej w SCK zakończył się owacją na stojąco zachwyconej wokalistką publiczności. Jej niezwykły głos, przypomina do złudzenia wokal Anny German. Wielokrotnie wygrywała dedykowane piosenkarce konkursy i festiwale. Uczyła się w Szkole Muzycznej I stopnia w Sochaczewie w klasie fletu poprzecznego oraz II stopnia w Szkole Muzycznej w Płocku w klasie śpiewu. Współpracowała z warszawskim Teatrem „Sabat”, gdzie grała główną rolę w spektaklu „Pokochaj German”. Nam opowiedziała o swoich inspiracjach i planach na przyszłość.

Czy wybór Anny German jest bardziej spowodowany gustem muzycznym czy też predyspozycjami wokalnymi? Często jest przecież tak, że artyści dobrze sprawdzają się w określonym repertuarze, choć niekoniecznie jest to ich ulubiony gatunek.
Od kiedy pierwszy raz usłyszałam „Człowieczy los” stwierdziłam, że to jest właśnie to. Potem okazało się, że każda kolejna piosenka do mnie trafiała. Obecnie mam ich w repertuarze około dwudziestu. Po prostu „czuję” Annę German i nie chcę na siłę próbować czegoś innego. Muzyka to jest matematyka - rytm, tempo, wszystko musi być obliczone. A Anna German jest inna, ona się prześlizguje przez nuty. Wszytko jest śpiewane jakby z lekkim podmuchem wiatru. O tym, że ten repertuar u mnie się sprawdza, świadczy też zabawna historia.  Byłam kiedyś na warsztatach wokalnych u Elżbiety Zapendowskiej. Chciałam zaprezentować jej coś innego, ale ona mi przerwała i powiedziała żebym poczekała, bo coś mi włączy i chce żebym spróbowała to zaśpiewać. I co mi włączyła? Oczywiście „Tańczące Eurydyki”.

Brzmi nieprawdopodobnie.
Prawda? Usłyszałam wtedy od pani Zapendowskiej, że skoro to mi wychodzi najlepiej, mam dalej wykonywać piosenki German. Poradziła mi też, żebym nie odpuszczała, rozpychała się łokciami, a jak mnie wyrzucą drzwiami, wracała oknem. Z tej drugiej rady nie skorzystałam. Nie umiem być namolna, silić się na przebojowość. Nie mam takiego charakteru. Wydaje mi się, że zwrócenie uwagi na siebie i zdobycie popularności na siłę, raczej by mnie nie cieszyło. Podoba mi się miejsce, w którym się znajduję, śpiewam piosenki, które lubię i czuję. Jest dobrze.

Dla osoby w Pani wieku jest to jednak nadal nieoczywisty wybór. Pani równolatki  identyfikują się najczęściej z zupełnie inną muzyką.
Nie wiem jak to się stało. Po prostu odpowiada mi taki styl i nie podążam za modą. Nigdy nie miałam też na celu upodabniania się do Anny German czy bycia jej wierną interpretatorką. Poza tym nie umiem śpiewać „mocno”, wydzierać się jak niektóre piosenkarki. Zwyczajnie mi to nie wychodzi. Zdaję sobie też sprawę, że to, jak śpiewam, nie jest dla każdego i może męczyć młodych ludzi.

Natomiast jeżeli ktoś chciałby posłuchać muzyki, którą lubi Joanna Rolewska, to  co by pani poleciła?
Natalie Cole. To tak na początek. Śpiewa lekko, to niby jazz, a niby smooth jazz. Dla osoby, która nie jest fanem tego gatunku to dobra propozycja na początek. Lara Fabian też jest jedną z moich ulubionych wokalistek. Wspaniałą artystką jest też Lady Gaga. Uwielbiam jej występy na żywo, podczas których daje z siebie zawsze 100 proc. emocji. Z mężczyzn wymieniłabym Robbiego Williamsa, a z polskich wykonawców Marylę Rodowicz, Zbigniewa Wodeckiego i Ryszarda Rynkowskiego. Na co dzień staram się choć na niewielką skalę promować trochę inny repertuar i kształtować gusta muzyczne najmłodszych. Pracuję w Gminnej Bibliotece Publicznej w Rybnie, gdzie prowadzę też zajęcia dla dzieci. Nie chcę by ci, którzy na nie przychodzą, wychowywali się na prostych, miałkich piosenkach, które nic nie wnoszą do naszego życia. W ogóle praca z maluchami daje mi wiele satysfakcji. Wystąpiliśmy już na dwóch koncertach. Obecnie studiuję pedagogikę, więc cały czas staram się rozwijać w tym kierunku.

Strasznie dużo tego wszystkiego. Do tego dochodzi przecież też projekt „Muzyka w Kościele”, który prowadzi pani z Szymonem Kowalczykiem.
Współpracujemy ponad dwa lata. Szymon usłyszał mnie kiedyś w kościele w Iłowie. Ja też znałam go ze słyszenia, głównie z opowieści mieszkańców tamtych okolic, którzy byli zachwyceni jego poziomem artystycznym, tym jak gra i śpiewa. Z zawodu jest on organistą, pracuje na stałe w Rawie Mazowieckiej. Wtedy nie występowałam jeszcze z akompaniatorem, tylko odtwarzałam podkład muzyczny z płyt. Byłam też strasznie niepewna własnych umiejętności. Zdecydowaliśmy się  na współpracę. Nasz pierwszy występ miał miejsce w Bełchatowie. Potem Szymon zaproponował byśmy zajęli się „Muzyką w Kościele”. W ramach tego projektu występujemy podczas najróżniejszych uroczystości, nie tylko kościelnych, dbamy o ich oprawę muzyczną i staramy się, by muzyka, którą prezentujemy, oddawała emocje uczestników tych wydarzeń. Czasami ciężko jest wyrazić wszystko słowami i wtedy odpowiedni repertuar potrafi kreować nastrój.

Jakie utwory najczęściej wykonujecie?
Wszytko zależy oczywiście od okazji i konkretnego zlecenia, ale najczęściej nasi klienci wybierają „Panie proszę przyjdź”, „Unosisz mnie” i „Ave Maria”, jak również inne utwory klasyczne i powiedziałabym - okolicznościowe. Poza kościołem prezentujemy również rozrywkowy repertuar i  niezapomniane evergreeny. Kiedyś pewna para zażyczyła sobie na ślubie piosenkę „Dzięki Wam”. Jej tekst potrafił chwycić za gardło, tym bardziej gdy zabrakło już mamy czy taty nowożeńców. Dzięki „Muzyce w Kościele” podróżujemy po całej Polsce. Poznałam wiele osób, a także zwyczaje kultywowane w różnych częściach Polski. Występowaliśmy kiedyś podczas ślubu w Lubuskiem. Bardzo spodobało mi się to, że po zakończeniu ceremonii państwo młodzi stali w drzwiach kościoła i osobiście, bez pośpiechu, witali się z każdą z zaproszonych osób. Widać było, że w ten sposób chcą docenić gości i podziękować im za przybycie. U nas jest odwrotnie, nowożeńcy wychodzą na końcu i wtedy dopiero jest czas na składanie życzeń.

Taka kameralna forma występów odpowiada pani bardziej niż Teatr „Sabat” Małgorzaty Potockiej?
To że się tam dostałam było kompletnym przypadkiem. Na jednej z imprez, na której występowałam, zauważył mnie dyrektor artystyczny teatru. Poproszono mnie, bym wykonała kilka utworów Anny German, potem padła propozycja współpracy z „Sabatem”. Na początku nie dowierzałam, uznałam, że to kolejna osoba, która obiecuje mi złote góry a potem i tak nic z tego nie będzie. Okazało się jednak, że faktycznie mam przygotować repertuar. Grałam tam na stałe przez trzy miesiące, a później dwa spektakle w nowym sezonie. Ostatecznie uznałam, że to nie dla mnie. Nie umiem założyć kabaretek, gorsetu i wyjść na scenę. Pomimo że rewia to zdecydowanie nie jest moja bajka, nauczyłam się tam naprawdę wiele, np. jeżeli chodzi o ruch sceniczny i dbałość o szczegóły. Małgorzata Potocka jest bardzo wymagająca. Kiedyś graliśmy spektakl w bardzo upalny dzień. Założyłam długą suknię i chciałam już wychodzić na scenę, kiedy podeszła i zobaczyła, że pod suknią nie mam, tak jak było wymagane, trzech warstw a tylko jedną. Nie było żadnej taryfy ulgowej, mimo że żar lał się z nieba. Pobiegłam do garderoby i czym prędzej uzupełniłam brakującą część spodu sukni. Podczas współpracy z „Sabatem” wielokrotnie przekonałam się, że osoba, która chce pracować na scenie, nie może sobie odpuszczać.

To profesjonalne podejście było widać m.in. podczas koncertu „Eurydyki Tańczące” w Sochaczewskim Centrum Kultury.
Nawiązaliśmy współpracę dzięki Jolancie Kawczyńskiej. Rok temu, oczywiście w duecie z Szymonem Kowalczykiem, wystąpiliśmy w kramnicach w repertuarze Anny German. Potem, w styczniu, zaśpiewałam podczas spotkania „Seniorów Kolędowanie”. 12 marca odbył się wspólny z Cameratą Mazovią koncert w SCK w Boryszewie. Bardzo cieszyło mnie ciepłe przyjęcie ze strony publiczności i to, że usłyszałam po występie mnóstwo miłych słów.

Z reguły jest tak, że za ciężką pracę trzeba zapłacić cenę. Jakie są największe wady tego czym się Pani zajmuje?
Wada jest właściwie jedna. Czasami mam zbyt mało czasu dla mojego syna. Nie pracuję w stałych godzinach. Często jestem poza domem. Gdy wracam jest późno, a on albo niedługo kładzie się spać, albo już śpi. Mam to szczęście, że mieszkam z rodzicami, na których pomoc zawsze mogę liczyć. Myślę, że bez ich wsparcia byłoby mi bardzo ciężko.

Czy w przyszłości planuje się Pani skupiać na Annie German, czy możemy liczyć na to, że podzieli się pani z publicznością jakimiś innymi inspiracjami?
Jak już wspominałam, lubię muzykę, która nie gryzie się z moją naturą muzyczną. Obecnie wspólnie z Szymonem przygotowujemy utwory „Nie żałuj”, „Bez Ciebie nie ma mnie”, „Echo miłości”.  W planach jest „Greckie wino” oraz zagraniczne kompozycje, np. Adele czy Michaela Buble. Odpowiada mi współpraca z Szymonem Kowalczykiem, który ma mnóstwo muzycznych zapisków. Ponieważ nadajemy na tych samych falach, może kiedyś poważnie nad nimi popracujemy, a wtedy nie wiadomo...

Rozmawiała
Agnieszka Poryszewska

A A A
06-04-2017
godz.08:54
 


podobne wiadomości

nadchodzące wydarzenia

czwartek, 14.12.2017 r. 1788174 odwiedzin

Zapisz się na newsletter

e-mail       sms     wypisz się
polecamy